poniedziałek, 5 lipca 2010

Moambe z Kongo

Między gazpacho z przepisu Lidki a tortą caprese z Kuchni pod wulkanem udało mi się zrobić moambe. Mam to szczęście, że niedaleko mojej pracy znajduje się dzielnica, którą zamieszkują emigranci z Afryki, tak więc bez trudu znaleźć można tam knajpki i sklepiki z afrykańską żywnością. W ten sposób nabyłam kilka dni temu puszkę moambe. Moambe, które robi się z nasion olejowca gwinejskiego jest gotowym sosem, służącym za bazę do tradycyjnego gulaszu z Kongo o tej samej nazwie. Gulasz moambe można przygotować właściwie z każdego rodzaju mięsa, z wołowiny, kurczaka, baraniny, a nawet z ryb lub dziczyzny. Tu mamy na myśli dziczyznę z Afryki, czyli krokodyla lub antylopę. Ja użyłam po prostu wołowiny. Przepis pochodzi ze strony Nerovique, której tato urodził się i wychował w Kongo. W jego rodzinie moambe było daniem, przy którym gromadziła się cała rodzina w niedzielę a nawet w Boże Narodzenie.



1-2 cebule
puszka moambe
olej palmowy (lub arachidowy, jeśli nie uda się nam znaleźć palmowego)
kurczak lub kura albo 1 kg innego mięsa
listek laurowy, świeży tymianek, kostka bulionowa opcjonalnie

Cebulę obrać i pokroić, wrzucić na rozgrzany olej i lekko podsmażyć. Przełożyć na talerz. Na tej samej patelni przyrumienić posolone kawałki kurczaka lub wołowiny. Przełożyć mięso do rondla, w którym będzie się dusił gulasz. Dodać cebulę. Przykryć mięso sosem moambe z puszki i gotować przez dobra godzinę albo i dłużej. Sos ma przepiękny pomarańczowy kolor (teraz rozumiem, dlaczego ekstrakt tej rośliny stosuje się również w przemyśle kosmetycznym) i bardzo oryginalny lekko podwędzony smak. Pod koniec gotowania można dodać do sosu pasty arachidowej, wówczas będzie to wersja moambe nsusu. Można również doprawić sos na ostro, wówczas ten sos nazywany jest dynamitem ;))

Z czym podajemy moambe? Najłatwiej z ryżem i z bananami na ciepło. Trudniej będzie zdobyć makę z manioku, z której przygotowuje się placki fufu oraz saka saka, czyli liście manioku, wyglądem przypominające szpinak, które również można kupić tutaj mrożone bądź w puszkach. Jeszcze nie próbowałam, więc nie napiszę, jak smakują. Samo moambe jest wyjątkowe i jeśli tylko znajdziecie puszkę sosu, radzę spróbować.




Ciekawych odsyłam do galerii Patscham na Flickerze:
http://www.flickr.com/photos/patscham/2131626210/sizes/o/
http://www.flickr.com/photos/patscham/2130847431/sizes/o/


aaa

7 komentarzy:

  1. wygląda smakowicie! szczególnie te banany :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wygląda osobliwie i trochę tłusto? Tylko gdzie można kupić to moambe. A banany to nawet zaraz mogłabym sobie usmażyć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę pojechać do jakiegoś egzotycznego sklepu. Bardzo ciekawie brzmi moambe, więc mam to zamiar zrobić w miarę szybko.
    Pozdrowienia, z zachmurzonego dzisiaj Sztokholmu:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja egzotyczna dziewczyno. Kusisz nas tu takimi nowosciami. Apetycznie wygladaja te potrawy.Polaczenie slonego jedzenia z owocami to jest tabu dla mojej drugiej polowy :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. A znasz Gri-gri w Uccle ?

    OdpowiedzUsuń
  6. Dałam się skusić opisowi i muszę przyznać, że Moambe nie zrobiło furrory na naszym stole... Wersja podstawowa jest bez pasty arachidowej jest dość nudna i choc wykorzystalam tylko polowe składników to drugą połowe puszki przyjdzie mi wyrzucić. Mozliwe że jakies egzotyczne dodatki moglyby podniesc atrakcyjnosc tego dania ale ja nie daję mu 2 szansy bo mój Luby wprost poprosił żebyśmy już tego więcej nie jedli.
    Bardzo lubię Twoj blog i jak na razie to pierwsza niezgodność gustów.
    Przy okazji: wszystkiego najsmaczniejszego na 2011!

    OdpowiedzUsuń
  7. Aniu, Cieszę się, że spróbowałaś.
    Inne smaki, inna kuchnia. Od moambe zdecydowanie wolę maffe.
    I również wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

    OdpowiedzUsuń