Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcje/konkursy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcje/konkursy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 listopada 2012

Korzenne kaki z patelni

Jak to w weekend, należy sobie trochę podogadzać, dlatego dzisiaj coś szybkiego i cudownie rozgrzewającego na ten pochmurny dzień: plasterki kaki z patelni na ciepło w korzennym sosie. I okazja, żeby się podłączyć pod akcję Ptasi z Coś niecoś. Przepis pochodzi z tutejszej Elle.




Korzenne kaki z patelni
Kaki doré aux épices 
na 4 osoby
3 owoce kaki 

trochę masła 
4 łyżki miodu lub syropu z agawy 
pół cytryny 
szczypta czarnego pieprzu 
szczypta cynamonu 
szczypta ostrej papryki

Umyć owoce i dokładnie osuszyć. Pokroić na grube plastry, usuwając ogonek. Rozgrzać masło na patelni i ułożyć pokrojone owoce. 



Smażyć z każdej strony po 2 minuty, aż owoce będą miękkie, tak żeby można było je nakłuć widelcem bez oporu. Zdjąć z patelni i ułożyć na talerzach.

Przygotować sos. Wlać miód lub syrop z agawy na patelni
ę i zaraz dodać wyciśnięty sok z cytryny. Porządnie wymieszać, dodać porządną szczyptę cynamonu, pieprzu i papryki. Sos powinien być korzenny i wyraźnie kwaskowaty. Lekko zredukować sos do syropistej konsystencji i polać nim owoce na talerzach. 



Można podać z francuskimi tostami na śniadanie, do naleśników, albo z lodami na deser.

środa, 14 grudnia 2011

Rozgrzewająca zupa serowa i świąteczna niespodzianka

W ostatnią sobotę udało mi się wreszcie wybyć do miasta i kupić (prawie!) wszystkie prezenty. Wróciłam co prawda zmarznięta i prawie przeziębiona, ale jakże szczęśliwa. Niestety po powrocie do domu okazało się, że lodówka świeci pustkami, a zakupy na przyszły tydzień dopiero w planach, a coś zjeść było trzeba. Uratował nas beaufort, kawałek francuskiego sera, który czekał cierpliwie na swój dzień i ostatecznie skończył w aksamitnej zupie podobnej do fondue. Robi się ją bardzo szybko, a nasycić się nią można na długie godziny. Polecam gorąco. 
 




A wśród prezentów znalazł się również drobny upominek dla zaglądających na bloga. Otrzyma go osoba, która do ko
ńca grudnia przetestuje i oceni którykolwiek z publikowanych na blogu przepisów. Zdjęcia potraw możecie przesyłać mailem, opublikować na waszej stronie bądź galerii potraw lub innym tego typu portalu i podać linka pod tym postem. Specjalne jury zbierze się w sylwestrowy wieczór i wyłoni zwycięzcę, który otrzyma świeżo wydaną płytę z utworami świątecznymi w aranżancji wybitnego francuskiego muzyka, Michela Legrand. Legrand, autor muzyki do przeszło dwustu filmów i trzykrotny zdobywca Oskara z okazji zbliżających się świąt zgromadził wokół siebie grupę młodych artystów – znaleźli się wśród  nich między innymi Ayo, Jamie Cullum, Madeleine Peyroux, Coeur de pirate, Mika, Carla Bruni, Emilie Simon, Iggy Pop, Renan Luce, Olivia Ruiz - żeby zagrać i zaśpiewać razem bardzo znane utwory (między innymi Piaf, Brassensa, Sinatry...), które mimo upływu czasu nadal brzmią autentycznie i sprawiają, że z rozrzewnieniem myślimy o nadchodzących tygodniach, umilając nam oczekiwanie na święta i czas, który będziemy mogli spędzić z bliskimi. Belgia od kuchni istnieje już prawie dwa lata, więc mam nadzieję, że znajdziecie coś, co, między klejeniem uszek a obieraniem buraków na ćwikła lub barszcz, przypadnie wam do gustu i was zainspiruje. Na wasze wpisy czekam do północy 31 grudnia, a tymczasem posłuchajcie próbki płyty i rzućcie okiem na przepis na zupę z sera. 





Rozgrzewająca zupa serowa 

proporcje na 4 talerze lub miseczki 
300 g sera beaufort (może też być comté lub gruyère) 
1 l wywaru warzywnego (np. z ekologicznej kostki rosołowej)  - można odlac trochę wywaru i uzupełnić go białym wytrawnym winem
30 g mąki 
30 g masła 
15 cl słodkiej śmietany 
świeżo mielony pieprz

Ser ucieramy na tarce. W rondlu przygotowujemy zasmażkę z mąki i masła. Do zasmażki, cały czas mieszając, dolewamy powolutku wywar i wino. Staramy się, żeby nie było grudek. Cały czas mieszając, dodajemy starty ser. Mieszamy przez około 3-5 minut. Zupa powinna uzyskać aksamitną konsystencję, podobną do fondue, jednak jest nieco lżejsza i rzadsza. Przyprawiamy świeżo mielonym pieprzem, skręcamy trochę ogień i na końcu dodajemy śmietanę. Po dodaniu śmietany zupa nie powinna już wi
ęcej się gotować. 
Podajemy z grzankami, najlepiej posmarowanymi masłem czosnkowym domowej roboty. Przepis pochodzi z magazynu Saveurs




Uff, a my
ślałam, że napiszę o tym, co się dzisiaj wydarzyło w Liège i niesamowitej książce, którą ostatnio przeczytałam...

piątek, 21 października 2011

Dyniowy parmentier

Pamiętacie wpis Kikkery o tradycyjnych francuskich zapiekankach z resztek mięsa z rosołu? Pomyslałam sobie, że niegłupim pomysłem byłoby zastąpić ziemniaki dynią. Tym bardziej, że sezon w pełni, a Bea po raz kolejny rozkręca akcję dyniową. Dyniowe hachis zyskało w ten sposób nie tylko na walorach smakowych, ale i nabrało nowych, jakże przyjemnych dla oka kolorów. No i aż trzy osoby najadły się jednym gołąbkiem! Mało skromnie myślę, że Antoine Parmentier byłby ze mnie dumny ;))


 

Dyniowy parmentier
ćwiartka dyni Hokaido, co przełożyło się u mnie na ¾ szklanki purée dyniowego
2 średnie ziemniaki
1 czerwona cebula
3-4 łyżki śmietany
gałka muszkatołowa
sól i pieprz
4-5 ciasteczek amaretti

dodatkowo u nas był gołąbek, na którym zrobiłam rosół, ale zamiast gołąbka, możemy użyć jakiegokolwiek mięsa z rosołu lub po prostu przygotować trochę mielonego, które należy wcześniej podsmażyć z cebulką i z czym tam lubicie

przed zapieczeniem

Zaczynamy od obrania i pokrojenia cebuli. Delikatnie podduszamy ją na tłuszczu.
Wyjęte z rosołu mięso kroimy na mniejsze kawałki. Dodajemy do cebuli i smażymy przez kilka minut. Doprawiamy do smaku. Farsz nie powinien być zbyt suchy, dlatego jeśli zajdzie taka potrzeba, podlewamy chochelką wywaru mięsnego. Odstawiamy na bok.
Obrane i umyte kawałki ziemniaka i dyni gotujemy w osolonej wodzie. Odcedzamy i rozgniatamy widelcem na purée. Przyprawiamy, próbujemy, dodajemy łyżkę masła i łyżkę śmietany. Ważne jest, żeby purée nie było za suche.
Żaroodporne naczynie do zapiekania smarujemy masłem. Na samym spodzie układamy mięso z cebulą, a na to nasze dyniowo-ziemniaczane purée. Wierzch oprószamy pokruszonymi kawałkami amaretti i wiórkami zimnego masła.
Zapiekamy w nagrzanym do 200°C piekarniku przez około 15-20 minut, aż wierzch ładnie się przyrumieni.

Ponieważ purée z dodatkiem dyni jest dosyć słodkawe, podajemy z ostro przyprawioną sosem vinaigrette sałatą.

Smacznego i nie przegapcie dyniowej akcji u Bei!





sobota, 25 czerwca 2011

Brukselskie spotkanie blogerów kulinarnych

Tydzień temu odbył się w Brukseli zjazd blogerów kulinarnych. I ja tam byłam (zaproszona przez Mumukouski), miód i wino piłam (w dosłownym tego słowa znaczeniu ;) więc najwyższy czas słów o tym parę napisać
Spotkania takie organizowane są przez blogerów z Francji - i nie tylko - już od kilku lat w miejscowości Soissons, gdzie lokalne technikum gastronomiczne użycza swoich pomieszczeń i infrastruktury na tę okazję. W Brukseli spotkanie takie odbyło się po raz pierwszy, przybyło na nie wielu blogerów z Francji i Belgii. Głównym organizatorem spotkania był portal o tematyce kulinarnej 750g.com i związany z nim Chef Damien oraz blogerzy z Belgii: Apolina z Bombay-Bruxelles i Philou z Un cuisinier chez vous.     

 

Dwa dni minęły pod znakiem licznych degustacji, demonstracji, wspólnego gotowania, dzielenia się przepisami i informacjami. Miałam na własne oczy okazję przekonać się, jak różnorodna i ciekawa jest społeczność francuskojęzycznych blogerów. Patronat nad imprezą objęli cukiernik czekoladnik Benoît Nihant, oraz Benoît Molin, twórca kulinarny (on sam tak się określa ! créateur culinaire) i autor wielu książek kulinarnych. Gościem honorowym był szef kuchni z brukselskiej restauracji Sea Grill, Yves Mattagne
Nie sposób opisać wszystkich prezentowanych dań i blogerów, więc wspomnę tylko niektórych. Duże wrażenie zrobiła na mnie jagnięcina z warzywami z tajine przygotowana przez Sandro z Histoire de goût. Zresztą popatrzcie sami, jak pięknie wyglądało danie Sandro. 


 
 



Warzywa z tajine zostały ułożone w formie warkocza, który Sandro przyozdobił kwiatkami, jadalnej a jakże, aksamitki. Bowiem na spotkanie blogerów został również zaproszony ogrodnik-pasjonat Marc Herman z Potager retrouvé, który przybył z kilkoma skrzynkami sadzonek oraz najrozmaitszymi przyprawami i ziołami w doniczkach. Czego tam nie było?! Postanowiłam zresztą wybrać się wkrótce do jego gospodarstwa, żeby urozmaicić przydomowy ogródek i nasze sałatki.

 
 
 
Do wyjątkowych nalezała równiez prezentacja Yves Mattagne z Sea Grill.  Jak wskazuje nazwa  restauracji, którą prowadzi, Yves lubi eksperymentować z rybami i owocami morza, więc i tym razem przedstawił nam szybkie i orzeźwiające danie na lato związane z morzem: carpaccio de mer. 
 

 

Yves Mattagne jak na tak utytułowanego i sławnego szefa kuchni, okazał się wyjątkowo cierpliwym i ciepłym facetem: nie szczędził czasu na obszerne wyjaśnienia i odpowiedzi na pytania nas "amatorów". Przy okazji zdradził nam kilka swoich trików i ciekawych technik. Ciekawa jestem czy odgadlibyście, co robią na jego stole te czarne okrągłe kamienie. Więc wyobrazcie sobie, Yves Mattagne piecze chleb barwiony atramentem ośmiornic, a jego cieniutkie kromki, cieniutkie jak koronka, zdobią dania w jego kuchni. Te mniejsze "kamyki" to bezy z tym samym atramentem. Wszystko na talerzu było jadalne. Samo carpaccio zostało wykonane z homarca (langoustine), ale nie tyle owoce morza budziły zdumienie, co kiełki, listki, pędy i algi, którymi Yves Mattagne udekorował talerz. Miałam okazję spróbować mertensji nadmorskiej (mertensia maritima). Nie uwierzycie, ale jej srebrzyste jadalne listki przypominają smakiem ostrygi. 



Jednak najwiecej emocji dostarczył nam konkurs kulinarny, który odbył się w niedzielę po południu. Kiedy my konczyliśmy spokojnie lunch, trzy osoby wyłonione na podstawie nadesłanych wcześniej przepisów, krzątały się przy przygotowaniu deseru, którego tematem przewodnim miała być gorzka czekolada. Na wykonanie tego dania przeznaczono 45 minut, a oceniali je Benoît Nihant i Benoît Molin. Nagrodą był kosz produktów Benoît Nihant.  Zdania były podzielone nie tylko wśród jurorów ale i wśród blogerów.
 
 

Zwyciężczyni, autorka ciastka z czeresienkami, Sandrine z bloga La table de Sandrine,  oprócz wspaniałej nagrody, miała prawo do dodatkowego pokazu swoich umiejętności cukierniczych. Zresztą Sandrine to nie byle kto, bo już wcześniej startowała z sukcesem w mistrzostwach Francji dla kucharzy amatorów. Pod względem smakowym jednak do gustu przypadł wszystkim deser Sandry z Ok c'est bon. Pod warstwą kremu kryło się wyjątkowo pyszne i kruche ciastko, które zaskoczyło jurorów swoją teksturą i smakiem. Sandra podała już przepis (Croustillant chocolat bergamote) !
A oto i Sandrine w akcji, podziwiajcie ;)

 
Cacao au fleur de sel
 
Nie mogliśmy się napatrzeć...
Pozostaje teraz tylko cierpliwie czekać, aż wszyscy opublikują na blogach prezentowane przepisy. (No i na kolejne takie spotkanie). Na pikniku, który odbył się w sobotę, wielkim hitem okazały się marokańskie mielone Nawal z La cuisine d'Omochakir. Na szczęście Nawal zdążyła już zamieścić przepis i ja zdążyłam je już przetestować, a jutro będzie powtórka, więc spodziewajcie się ich w kolejnych wpisach. 
 



 
Uf, to był chyba najdłuższy wpis na tym blogu - kompletnie zgłodniałam od wklejania tych zdjęć ;))

piątek, 10 czerwca 2011

Szpinak z cieciorką Marka Bittmana

Piątek to taki dzień, kiedy kończę co prawda wcześniej pracę, ale na piątkowe popołudnie i wieczór zostawiam sobie zwykle masę rzeczy do załatwienia oraz zakupy na cały przyszły tydzień. Lodówka wypełnia się tego wieczoru spektakularnie, ale nie zostaje niestety zbyt wiele czasu na zrobienie kolacji. Dlatego tego dnia sprawdzają się u nas przepisy Marka Bittmana

Mark Bittman od kilkunastu lat redaguje w New York Times'ie rubrykę kulinarną zatytułowaną Minimalist. Jest cenionym za bezpośredni styl i proste, nieskomplikowane przepisy krytykiem i autorem wielu książek. Nie tylko z przepisami, bo właściwie Mark mniej pisze o gotowaniu, a więcej o samym jedzeniu. Co złego jest w naszym sposobie odżywiania się i jakie wynikają z tego zagrożenia, co serwują nam największe korporacje produkujące żywność i jakie błędy żywieniowe popełniamy. Co zmieniło się w naszym sposobie odżywiania na przestrzeni lat (za dużo mięsa, za mało warzyw, za dużo fast foodów, za mało domowego jedzenia) i co z tego wynika. Oto pytania, na które stara się odpowiedzieć Mark Bittman. Jeśli wpadnie wam w ręce któraś z jego książek, przeczytajcie koniecznie albo przynajmniej zajrzyjcie na jego stronę.

A tymczasem szpinak z cieciorką i chorizo z przepisu Marka. Od razu widać, że facet lubi proste i dobre jedzenie oraz sezonowe świeże składniki. 

Szpinak z cieciorką i chorizo 
Fried Chickpeas with Chorizo and Spinach
 
proporcje dla 4 osob
400 g świeżego szpinaku
puszka cieciorki
1 chorizo
80 ml sherry

sól i pieprz

trochę oliwy i bułki tartej

Na patelni rozgrzewamy 3-4 łyżki oliwy, na którą wrzucamy odsączoną wcześniej cieciorkę (Dlatego warto wyjąć ją z puszki i odcedzić z godzinę wcześniej). Smażymy ją przez kilka minut na dość ostrym ogniu. W międzyczasie kroimy chorizo na kawałki i dodajemy do cieciorki. Przyprawiamy solą i pieprzem. Cieciorka powinna przez kilkanaście minut odparować i usmażyć się na chrupko, jak podkreśla Mark: chickpeas should be crisp. Przekładamy cieciorkę i chorizo, a na patelnię wrzucamy umyty i osuszony szpinak oraz sherry. Mieszamy, przyprawiamy i kiedy sherry odparuje, dodajemy z powrotem cieciorkę i chorizo. Mieszamy delikatnie i właściwie gotowe. Mark ma w zwyczaju jeszcze posypać danie domowej roboty bułką tartą, którą zwykle przygotowuje na poczekaniu z resztek pieczywa. Skrapia je kilkoma kroplami oliwy i zapieka przez moment, tak żeby przyrumienić wierzch.
Szybka, prosta i sympatyczna kolacja, prawda?



Myślę, że taki szpinak może z powodzeniem dołączyć do akcji szpinakowej, któr
ą zaproponowała nam w tym miesiącu Wedelka z Kuchennych wzlotów i upadków
 Czas na szpinak!

niedziela, 22 maja 2011

Niedzielne carpaccio ze szparagów z jajkiem w koszulce

Zastanawiacie się czasem, ile czasu trzeba gotować szparagi? 
Skomplikowane przepisy i długie obgotowawanie zabijają charakterystyczny smak szparagów i sprawiają, że szparagi robią się mało apetyczne. Więc im krócej, tym lepiej, bo szparagi powinny być chrupiące. A jeszcze lepiej w ogóle ich nie obgotowywać, tylko pokroić cieniutko i przygotować z nich carpaccio.




Carpaccio ze szparag
ów z jajkiem w koszulce 
Przepis podpatrzony na Apartement Therapy
proporcje dla 4-5 osób:

p
ęczek zielonych szparagów (10 sztuk)
po jajku na osobę
trochę oliwy i przyprawy 

łyżka octu

sos:

garść lisci pietruszki naciowej
sok z cytryny
trochę oliwy
przyprawy




Szparagi myjemy i osuszamy. Kroimy na cienkie wstążki przy pomocy obieraczki do warzyw. Pokrojone szparagi układamy jeden obok drugiego i smarujemy oliwą przy pomocy pędzelka. Przyprawiamy solą (najlepiej fleur de sel) oraz świeżo mielonym pieprzem. Odstawiamy do lodówki. 



Teraz kolej na sos: pietruszkę sparzamy w gorącej wodzie, odcedzamy i ucieramy w moździeżu na miazgę albo miksujemy blenderem. Dodajemy oliwę, świeżo wycisnięty sok z cytryny i mieszamy do otrzymania aksamitnej konsystencji. Doprawiamy delikatnie solą i pieprzem i próbujemy. Sos nie powinien by
ć zbyt mocno przyprawiony, w końcu szparagi mamy już posolone.

Zabieramy się za jajka w koszulkach. (Jak zrobić jajko w koszulce można podejrzeć tutaj.) Zagotowujemy wodę z łyżką octu i kiedy woda zacznie wrzeć, wbijamy pierwsze jajko. Kiedy tylko białko się zetnie, wyjmujemy je delikatnie przy pomocy łyżki cedzakowej. Układamy na ściereczce do odsączenia, możemy ewentualnie obciąć nieestetyczne farfocle białka po bokach. 


W końcu finał: prezentacja carpaccia na talerzu. Jeśli wolicie artystyczny nieład, możemy podać je w formie niebagatelnie poplątanych tagliatelle (tak jak na zdjęciu w AT), a jeśli nie, to pozostaje nam ułożyć szparagi równiutko pod linijkę. Tak te
ż zrobiłam. Na plasterkach szparagów układamy po jajku. Polewamy sosem zarówno jajko jak i szparagi i natychmiast podajemy. 



I tak oto otrzymaliśmy niesłychanie prostą, nie wymagającą wielu składników lekką zakąskę, a szparagi pozostaly chrupiące. Gorąco polecam!
Myślę, że to danie idealnie pasuje do akcji Czas na szparagi, którą zaproponował po raz kolejny Rogalik.pl

środa, 16 marca 2011

Może makaronika?

Zupełnie nieświadoma (Bea, dzięki za przypomnienie!) zbliżającego się dnia makaronika, który z inicjatywy P.Hermé obchodzi się już od kilku ładnych lat na wiosnę, w zeszłą sobotę oddałam się makaronikowaniu. Przyznam szczerze, że w makaronikach najbardziej podoba mi się praca nad nimi wymagająca anielskiej wręcz cierpliwości i precyzyjności. Mogę godzinami ubijać pianę, przesiewać zmielone migdały i cukier puder, mogę je wyciskać, pilnować przez szybkę piekarnika, podziwiać, ale zupełnie nie muszę ich jeść ;))


Tak naprawdę to chodzi tego dnia o zebranie pieniędzy na stowarzyszenie opiekujące się osobami z zespołem Williamsa-Beurena, a mniej o popularyzację makaroników, które w końcu na brak powodzenia narzekać nie mogą, skoro sprzedają je nawet paryskie MacDonaldy. Zespół Williamsa-Beurena to rzadko występująca choroba genetyczna, dotykająca znikomy procent populacji, zaliczana do tak zwanych chorób sierocych. Ich leczenie wydaje się mało opłacalne z punktu widzenia wielkich koncernów farmaceutycznych. Większość z nas czyta o niej pewnie po raz pierwszy. We Francji imprezie patronuje Pierre Hermé. W Belgii do akcji przyłączył się Jean-Philippe Darcis i Wittamer.



To co, o której się w niedzielę umawiamy?
;))

 

sobota, 13 listopada 2010

Cassoulet de cocagne

Jeśli jesteście na diecie albo nie macie czasu, lepiej nie czytajcie... 
Będzie tłusto, ale i cudownie sycąco, i bardzo, bardzo po francusku. Prawdziwe slow food.
 

Nie będę się rozpisywać nad pochodzeniem cassoulet, bo sami Francuzi tego do końca jeszcze nie ustalili, a przepisów jest tyle, ile kucharek i kucharzy we Francji. Bo z cassoulet podobnie jest jak z naszym bigosem. Tak jak nasz bigos, cassoulet zyskuje na smaku następnego dnia po kolejnym odgrzaniu. Z reguły więc przygotowuję go więcej, bo lubimy je sobie odgrzewać a i nie zaszkodzi trochę zamrozić na później. Zdaję sobie sprawę, że przepis, ktory spisałam sobie kiedyś na wakacjach we Francji, to wersja nieco uproszczona, ale dzięki temu chętnie do niego wracam. Najważniejsze, żeby w cassoulet znalazły się fasola w sosie pomidorowym, trochę wieprzowego lub jagnięcego mięsa, gęś albo kaczka - najlepiej skonfitowane udka, kiełbasa z czosnkiem oraz słonina lub boczek.

Dzień wcześniej myję kilogram fasoli, zalewam zimną wodą i odstawiam pod przykryciem na noc. Z małym wyprzedzeniem zabieram się również do konfitowania udek kaczych, jeżeli nie uda mi się ich kupić. W pierwszej kolejności okładam je przyprawami - mam na mysli sól, pieprz, tymianek, rozmaryn, listki laurowe oraz rozgnieciony czosnek i wstawiam pod przykryciem do lodówki. Niech się pomarynują przez noc lub nawet dłużej. Zamarynowane udka zalewam następnego dnia w rondlu roztopionym gęsim tłuszczem, ustawiam na słabiutkim ogniu i niech się pokonfitują z dobre dwie godziny. Mięso jest gotowe, jeśli po nakłuciu nożem lub widelcem, nie wypływa już z niego krew. Tak skonfitowane mięso możemy przechowywać zanurzone w zimnym tłuszczu w lodówce. Jeżeli nie uda się wam znaleźć udek kaczych lub gęsich, możecie spróbować z indykiem lub kurczakiem. Zazwyczaj liczę po jednym udku na biesiadnika przy stole. W żadnym wypadku nie należy wyrzucać tłuszczu po konfitowaniu. Wyobraźcie sobie, że właśnie w ten sposób, konfitując kacze mięso, robi się we Francji rillettes de canard, pyszne smarowidło do chleba podobne do naszego smalczyku z rozpadającymi się kawałeczkami a właściwie włóknami kaczego mięsa. Może i u was troch
ę rillettes na dnie rondla zostanie? A tłuszcz można schować na kolejne konfitowanie w lodówce lub wykorzystać do smażenia innych rzeczy.


 


Kiedy juz będziemy mieli odpowiednio namoczoną fasolę, skonfitowane mięso oraz inne składniki, można zabrać się za samo cassoulet. Na kilku łyżkach gęsiego tłuszczu po konfitowaniu, podsmażamy posiekaną cebulę i kilka oskrobanych marchewek. Na tym samym tłuszczu podsmażamy golonkę oraz grubo pokrojone kawałki boczku. Jak już się mięso ładnie przyrumieni, wrzucamy odsączoną fasolę, mieszamy i zalewamy wodą. Ogień skręcamy, nie powinien być zbyt intensywny. Gotujemy przez godzinę, mieszając od czasu do czasu i pilnując, żeby fasola była zawsze przykryta wodą i nie przypaliła się od spodu. Po godzinie gotowania mam w zwyczaju fasolę solić. Nie robię tego wcześniej, gdyż boczek jest często na tyle słony, że boję się przesolić. Dlatego z solą ostrożnie. Fasola w sumie powinna gotować się przez dwie godziny, aż zacznie mięknąć, ale będzie jeszcze powiedzmy taka al dente.

Pomidory sparzam goracą wodą i obieram je ze skórki. Siekam pietruszkę i obieram czosnek. Na łyżce gęsiego tłuszczu podsmażam leciutko drobno posiekany czosnek, dodaję pietruszkę i pokrojone kawałki pomidorów. Tak przygotowany sos dodaję do fasoli, która nadal sobie pyrka na ogniu. 



Udka również przed dodaniem do fasoli, podsmażam na tłuszczu, tak żeby skórka ładnie się spiekła. Razem z udkami podsmażam także kiełbasę. W naszych warunkach może to być nasza tradycyjna biała. Ja użyłam tutejszej saucisse ardennaise. Trzeba sobie jakoś radzić, bo do Tuluzy daleko. Wszystko razem mieszam i układam w żaroodpornym naczyniu. Najlepszy jest oczywiście żeliwny duży rondel, jeśli macie. Przed włożeniem do piekarnika, ktory powinien rozgrzać się na 150-160 stopni, całosć posypujemy grubo mieloną bułką tartą i polewamy tłuszczem. I teraz w tym piekarniku cassoulet powinno posiedzieć jeszcze z godzinę. 


Tradycja nakazuje tworzącą się na wierzchu z bułki tartej rumianą chrupiacą skorupkę kilkakrotnie rozkruszyć łyżką i utopić w fasoli. Podobno dopiero gdy powtórzymy tę operację po raz siódmy, cassoulet jest gotowe. Teraz do szczęścia potrzebny nam jeszcze kieliszek dobrego wytrawnego wina oraz nóż i widelec. Oddajemy się degustacji, porozumiewawczo powtarzając od czasu do czasu: Oh là là!




piątek, 22 października 2010

Crumble z dynią i chorizo

Lubicie crumble? Jeśli tak, to spróbujcie w wersji nie na słodko. Kruszonka jest fantastyczna, są w niej i słonecznik, i pestki dyni, piniole i sezam. Przepis pochodzi z mojego ulubionego magazynu Saveurs i polecam go osobom, które nie wiedzą, co począć z zapasami dyni. Dodatkowo dziś właśnie rozpoczyna się Festiwal Dyni organizowany przez Beę, do którego z miłą chęcią dołączam.



Jesienny crumble z dynią i chorizo
proporcje na dużą żaroodporną formę dla 4/6 osób


800 g pokrojonej, wypestkowanej dyni
1 por
1 młoda cukinia (kiedyś cukinię zastąpiłam batatem i też było to fajne połączenie)
1 cebula
2 ząbki czosnku
100 g chorizo w plasterkach
przyprawy i oliwa

na kruszonkę:
100 g masła
100 g mąki
100 g płatków owsianych
75 g tartego parmezanu
50 g ziarenek słonecznika, pestek dyni, pinioli, sezamu lub siemienia lnianego

Umyć i obrać wszystkie warzywa. Poszatkować cebulę i pora. Dynię i cukinię pokroić w kostkę. Pokroić chorizo. Na kilku łyżkach oliwy podsmażyć cebulę, dodać pora, dynię i czosnek i poddusić. Po 10 minutach dodać cukinię i chorizo, posolić, przyprawić pieprzem wedle uznania i dalej dusić warzywa, pilnując żeby się nie przypaliły, aż będą w miarę miękkie. Można dolać trochę wody w tym celu.
Masło, mąkę, płatki, szczyptę soli, parmezan i ziarna wyrobić między palcami na kruszonkę. Żaroodporne naczynie wysmarować delikatnie masłem lub oliwą, ułożyć w nim warzywa i przykryć je kruszonką. Wstawić do nagrzanego piekarnika (180 st.) na 20 minut, aż góra ładnie się przyrumieni.



aaa

sobota, 2 października 2010

Wieprzowina w curry i batatach

Ostatnie dwa tygodnie zapamiętam jako gonitwę z domu do pracy i z pracy do domu. Niestety przyszły tydzień zapowiada się równie pracowicie i stresująco jeśli nie bardziej. W takich momentach skupiam się na daniach, które można łatwo odgrzać albo zamrozić. Lubię mieć w zamrażarce specjalnie przygotowane i opisane pudełeczka, bo w takie wieczory, kiedy nie wiem już naprawdę, w co tak zwane ręce włożyć, są jak znalazł i ratują nas przed wyjściem do mac donalda. Przerabiałam ostatnio zamrażanie risotto z grzybami. Można. Podobnie jak bigos, wszelkie zupy, chili con carne, albo cassoulet. Jednogarnkowe dania na wieczory, kiedy nie wiadomo, o której mama wróci z pracy. Podobnie jest z tym curry z wieprzowiny z batatami. Polecam. Swoim ciepłym kolorem i smakiem koi nerwy i cieszy duszę. Tego mi było wczoraj w piątek właśnie potrzeba, a to co zostało, trafiło w tupperwarze do zamrażarnika na inny taki wieczór. 



Wieprzowina w curry i w batatach
 
(Pomyślcie, że zamiast batatów mogłaby to być dynia!)
2 duże bataty
600 g wieprzowiny (użyłam polędwicy)
50 cl mleka kokosowego
3 cebule
kawałek świeżego imbiru
s
ól i pieprz
3 łyżki oliwy
łyżka czerwonej pasty curry
50 cl rosołu lub wywaru z warzyw
do dekoracji może się przydać świeżo posiekana kolendra
 
Zaczynamy od obrania batatów, cebuli i imbiru. Bataty kroimy na grubsze kawałki, cebulę z grubsza siekamy a imbir trzeba zetrzeć na tarce, tak żeby otrzymać bombiastą łyżeczkę. Rozgrzewamy oliwę w rondlu, wrzucamy cebulę i imbir, mieszamy i zaraz dodajemy pokrojoną wieprzowinę. Solimy. Mięso powinno się ładnie przyrumienić. Zalewamy rosołem, dodajemy łyżkę pasty curry i czekamy, aż zacznie bulgotać. Wtedy dodajemy bataty oraz mleko kokosowe. Gotujemy, aż bataty bedą miękkie, maksymalnie 30 minut. Doprawiamy solą i pieprzem w razie potrzeby. Dekorujemy kolendrą. Podajemy z ryżem bądź chlebem.  
 

Jeśli macie jakieś ciekawe pomysły i rady na szybkie, proste albo sprytne kolacje dla zapracowanych, chętnie poczytam o nich w komentarzach ;)
 
 
 
Przy okazji pozwólcie, że przypomnę, że na Durszlaku za sprawą Kokoko rozpoczął się festiwal kuchni indyjskiej.
 


aaa