Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia arabska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia arabska. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Przepisy z Maroka: taktuka
Kilka tygodni temu na początku marca wybraliśmy się na krótką wycieczkę do Maroka szukać wiosny i nowych kulinarnych wrażeń.
Ponieważ potrawy, którymi raczyliśmy się tym razem w niczym nie przypominały kuchni marokańskiej, z którą zetknęłam się wcześniej w Europie, skrzętnie zanotowałam wszystkie przepisy. Oto kilka z nich.
Szakszuka (w As-Sawirze wszyscy wymiawają taktuka)
3-4 papryki
2 cebule
2-3 ząbki czosnku
2 duże pomidory oliwa lub olej
1 płaska łyżeczka kminu rzymskiego
1 płaska łyżeczka soli
1 płaska łyżeczka mielonego imbiru
1 płaska łyżeczka kurkumy
1 płaska łyżeczka słodkiej papryki
listek laurowy
trochę ostrej papryki lub chili (tutaj ilość wedle uznania)
ewentualnie świeżo pokrojona natka pietruszki
Papryki należy opalić z każdej strony nad ogniem: będzie nam nie tylko łatwiej je potem obrać, ale nabiorą wyjątkowego, wędzonego posmaku. Przyrumienione włożyć do foliowego woreczka i zamknąć.
Obrać i posiekać cebule oraz czosnek. Pomidory sparzyć wrzątkiem i obrać ze skórki. Pokroić na grubsze kawałki. Paprykę wyjąć z woreczka i obrać. Oczyścić z pestek i pokroić na grubsze paski.
W rondlu rozgrzać 3-4 łyżki oliwy lub oleju i wrzucić pokrojoną cebulę. Lekko poddusić uważając, żeby cebula się nie przypaliła. Dodać czosnek i po chwili pokrojoną paprykę. Dodać wszystkie wymienione w przepisie przyprawy i dokładnie wymieszać. Dodać pomidory oraz pietruszkę i zostawić na ogniu na dobre pół godziny lub dłużej. Potrawa powinna się dusić tak długo, aż pomidory zaczną się rozpadać, a papryka nabierze lekko słodkawego smaku, jakby się skonfliktowała. Jeśli lubimy ostrą, dobrze przyprawioną kuchnię, możemy dodać więcej ostrej papryki.
Szakszukę najczęściej jedliśmy na kolację z marokańskimi podpłomykami, na które przepis podam wkrótce. Można ją podawać na ciepło lub lekko przestudzoną jako sałatkę lub przystawkę. Wczoraj podałam je na obiad z kulkami z mielonej jagnięciny.
Jeśli macie swój ulubiony, sprawdzony przepis na szakszukę, spróbujcie raz zrobić ją z opalanej wcześniej papryki, zapewniam, że smak będzie zupełnie inny. No i nie zapomnijcie o przyprawach - smacznego !
Etykiety:
Egzotycznie i ostro,
Kuchnia arabska,
Papryka
czwartek, 6 grudnia 2012
Marokańskie ciasto migdałowe
To ciasto okazało się na tyle niezwykłe w swoim smaku i na tyle proste i szybkie w wykonaniu, że nie mogłam się oprzeć i nie zaprezentować wam go tutaj. Do Nawal, naszej marokańskiej znajomej (Nawal od ośmiu już lat prowadzi blog La cuisine d'Omo Chakir) wybrałyśmy się ostatnio na nauki w przesiewaniu kuskusu. Robiłyśmy razem kuskus T'faya z kurczakiem z karmelizowaną cebulą i rodzynkami, a wróciłyśmy z przepisem na to ciasto. Jeśli znacie ciasteczka "cornes de gazelle" czyli różki gazeli z nadzieniem migdałowym, łatwo wam będzie wyobrazić sobie jego smak, bo to właściwie ta sama masa, którą nadziewa się różki, wzbogacona o jajka. Ciasto naprawdę robi się w 10 minut i gorąco polecam je zabieganym. W środku pozostaje przyjemnie wilgotne jakby zostało nasączone i po prostu rozpływa się w ustach. Stąd jego nazwa: fondant aux amandes.
Marokańskie ciasto migdałowe
Fondant aux amandes
200 g drobno zmielonych migdałów
160 g cukru
100 g miękkiego masła
4 jajka
szczypta cynamonu
2-3 łyżki wody z kwiatu pomarańczy
cukier puder do dekoracji
Zaczynamy od rozgrzania piekarnika – 200°C. Jajka ubijamy z cukrem na puszystą masę, dodajemy rozpuszczone masło i na końcu zmielone migdały oraz cynamon i wodę pomarańczowej. Dokładnie mieszamy i wylewamy do foremki, najlepiej silikonowej, bo łatwo przywiera. Wsuwamy do piekarnika na 20 – 25 minut. Przed wyjęciem sprawdzamy patyczkiem, czy ciasto się upiekło. Dekorujemy cukrem pudrem.
Z tego co mi wiadomo, jestem trzecią osobą, która upiekła to ciasto zaraz po spotkaniu, więc możecie sobie wyobrazić, jak musiało nam smakować.
Marokańskie ciasto migdałowe
Fondant aux amandes
200 g drobno zmielonych migdałów
160 g cukru
100 g miękkiego masła
4 jajka
szczypta cynamonu
2-3 łyżki wody z kwiatu pomarańczy
cukier puder do dekoracji
Zaczynamy od rozgrzania piekarnika – 200°C. Jajka ubijamy z cukrem na puszystą masę, dodajemy rozpuszczone masło i na końcu zmielone migdały oraz cynamon i wodę pomarańczowej. Dokładnie mieszamy i wylewamy do foremki, najlepiej silikonowej, bo łatwo przywiera. Wsuwamy do piekarnika na 20 – 25 minut. Przed wyjęciem sprawdzamy patyczkiem, czy ciasto się upiekło. Dekorujemy cukrem pudrem.
Zapomniałabym dodać, że ciasto fantastycznie smakuje ze szklanką mleka, które w Maroku aromatyzuje się wodą z kwiatu pomarańczy.
A gdyby Mikołaj nie wiedział jeszcze, co mi przynieść w tym roku...
Etykiety:
Kuchnia arabska,
Na deser
piątek, 23 listopada 2012
Wątróbka po marokańsku
Straszyłam, że będzie znowu trochę marokańskiej kuchni na blogu? Otóż byłam na spotkaniu, na którym zrobiłyśmy piękną, ogromną i z prawdziwego zdarzenia pastillę. A właściwie to Nawal robiła, a my miałyśmy podpatrywać i się uczyć. No i trochę pomagać również.
Nawal, rodowita Marokanka, która podobnie jak my osiadła na stałe w Belgii. Skończyła architekturę, ale twierdzi, że lepiej czuje się w domu, a szczególnie w kuchni niż na placu budowy. Przez przeszło osiem lat prowadziła blog poświęcony kuchni marokańskiej, a od dwóch lat zajmuje się kuchnią bardziej profesjonalnie: gotuje na zamówienie i prowadzi zajęcia kulinarne. Szybko znalazłyśmy masę wspólnych tematów. Nawal jest niesamowicie gościnną i komunikatywną osobą i trzeba przyznać, że to co robi, robi świetnie. Spotkanie z nią było tak inspirujące, że orientalne akcenty zagościły w tym tygodniu w naszym jadłospisie. Przedwczoraj zrobiłam mielone z jagnięciny z jej genialnym ostro-słodkim sosem, a dzisiaj mieliśmy wątróbkę. Więc zanim pokażę krok po kroku, jak taką prawdziwą pastillę zrobić, dla miłośników podrobów, wątróbka w orientalnym wydaniu.
Wątróbka po marokańsku
Foie frit à la marocaine
dla czterech osób
4 plastry wątróbki
4 duże cebule
garść rodzynek
4 ząbki czosnku
łyżka miodu lub syropu z agawy
oliwa
marynata:
pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
pół łyżeczki rozgniecionych ziaren kolendry
pół łyżeczki papryki
łyżka drobno posiekanej natki pietruszki
łyżka drobno posiekanej świeżej kolendry
sól i pieprz
2 łyżki winnego octu
2 łyżki oliwy
W pierwszej kolejności trzeba przygotować marynatę. Najlepiej wszystkie jej składniki umieścić w moździerzu i rozetrzeć razem. Powstanie takie jakby rzadkie pesto, którym potem smarujemy plastry wątróbki (nie powinny być grubsze niż 1 cm). Wątróbkę odstawiamy w marynacie na bok na co najmniej godzinę.
Cebulę musimy obrać i pokroić w plasterki. Rozgrzać trochę oliwy na patelni i poddusić cebulę razem z czosnkiem pod przykryciem, mieszając od czasu do czasu. Można delikatnie posolić. Cebula powinna się dusić, nie powinna w żadnym wypadku się przypalić lub przyrumienić. Kiedy cebula będzie już miękka, dodajemy rodzynki i na końcu miód.
Na samym końcu smażymy wątróbkę. Usmażoną układamy na cebuli. Przed podaniem możemy posypać drobno posiekaną natką. Smacznego.
A na koniec jeszcze trochę jesieni w Brukseli. Pięknie jest, prawda ?
Nawal, rodowita Marokanka, która podobnie jak my osiadła na stałe w Belgii. Skończyła architekturę, ale twierdzi, że lepiej czuje się w domu, a szczególnie w kuchni niż na placu budowy. Przez przeszło osiem lat prowadziła blog poświęcony kuchni marokańskiej, a od dwóch lat zajmuje się kuchnią bardziej profesjonalnie: gotuje na zamówienie i prowadzi zajęcia kulinarne. Szybko znalazłyśmy masę wspólnych tematów. Nawal jest niesamowicie gościnną i komunikatywną osobą i trzeba przyznać, że to co robi, robi świetnie. Spotkanie z nią było tak inspirujące, że orientalne akcenty zagościły w tym tygodniu w naszym jadłospisie. Przedwczoraj zrobiłam mielone z jagnięciny z jej genialnym ostro-słodkim sosem, a dzisiaj mieliśmy wątróbkę. Więc zanim pokażę krok po kroku, jak taką prawdziwą pastillę zrobić, dla miłośników podrobów, wątróbka w orientalnym wydaniu.
Wątróbka po marokańsku
Foie frit à la marocaine
dla czterech osób
4 plastry wątróbki
4 duże cebule
garść rodzynek
4 ząbki czosnku
łyżka miodu lub syropu z agawy
oliwa
marynata:
pół łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
pół łyżeczki rozgniecionych ziaren kolendry
pół łyżeczki papryki
łyżka drobno posiekanej natki pietruszki
łyżka drobno posiekanej świeżej kolendry
sól i pieprz
2 łyżki winnego octu
2 łyżki oliwy
W pierwszej kolejności trzeba przygotować marynatę. Najlepiej wszystkie jej składniki umieścić w moździerzu i rozetrzeć razem. Powstanie takie jakby rzadkie pesto, którym potem smarujemy plastry wątróbki (nie powinny być grubsze niż 1 cm). Wątróbkę odstawiamy w marynacie na bok na co najmniej godzinę.
Cebulę musimy obrać i pokroić w plasterki. Rozgrzać trochę oliwy na patelni i poddusić cebulę razem z czosnkiem pod przykryciem, mieszając od czasu do czasu. Można delikatnie posolić. Cebula powinna się dusić, nie powinna w żadnym wypadku się przypalić lub przyrumienić. Kiedy cebula będzie już miękka, dodajemy rodzynki i na końcu miód.
Na samym końcu smażymy wątróbkę. Usmażoną układamy na cebuli. Przed podaniem możemy posypać drobno posiekaną natką. Smacznego.
A na koniec jeszcze trochę jesieni w Brukseli. Pięknie jest, prawda ?
A ci, którzy nie mogą się doczekać pastilli, mogą zajrzeć na blog Marty. Za dwa tygodnie spotykamy się ponownie z Nawal. Tym razem będziemy robić kuskus T'faya.
Etykiety:
Egzotycznie i ostro,
Kuchnia arabska,
Podroby
wtorek, 7 sierpnia 2012
Dalej Ramadan: harira, jagnięcina z bakłażanami i orzeźwiająca sałatka z kolendry i pomidorów
Dzisiaj aż trzy propozycje, bo krótki ten Ramadan i boje się, że nie zdążę z przepisami. Po pierwsze zupa, w której obok soczewicy, pojawia się groch, cieciorka a czasami nawet suszony bób, który Marokańczycy suszą tak jak my groch. I choć mogłoby się wydawać, że to zupa zdecydowanie zimowa, w Maroku nie ma to znaczenia, bo jest to po prostu danie, którym po szklance mleka i kilku daktylach przerywa się całodzienny post. I nawet jeśli Ramadan wypada w środku lata jak teraz, nikomu to nie przeszkadza. Potem bardzo prosty przepis na duszoną jagnięcinę, którą dopełniają najpierw lekko przyrumienione na patelni, a następnie duszone plastry bakłażana. A na koniec niezwykła i niesamowicie orzeźwiająca sałatka w sam raz na te porę roku, szczególnie dla tych, którzy lubią kolendrę. (Szczerze mówiąc nie rozumiem, jak można jej nie lubić....!?)
Serdecznie zapraszam!
Harira
300 g jagnięciny na zupę
3-4 pomidory
1 cebula
2-3 łodygi selera naciowego
100 g soczewicy
100 g cieciorki (może być z puszki)
100 g drobniutkiego makaronu typu vermicelles
drobno posiekana natka pietruszki i kolendra
oliwa
cytryna
przyprawy : sol i pieprz, szafran, papryka, mielony imbir, kurkuma
Cebulę obieramy i kroimy na grubsze kawałki. Wrzucamy do blendera razem z pokrojonymi pomidorami – można je wcześniej sparzyć i obrać ze skórki – i pokrojonymi lodygami selera i miksujemy.
Na odrobinie oliwy podsmażamy krótko pokrojone mięso, aż się ładnie przyrumieni. Dodajamy soczewicę i przyprawy. Dodajemy zblendowane warzywa, dolewamy litr wody. Solimy i przyprawiamy pieprzem. Zostawiamy na ogniu na pół godziny.
Na samym końcu dodajemy cieciorkę i makaron. Próbujemy i w razie potrzeby doprawiamy lub dolewamy wody. Po 10 minutach zupa jest gotowa. Podajemy z posiekaną natką i kolendrą. Można zupę delikatnie dokwasić sokiem ze świeżo wyciśniętej cytryny.
Duszona jagnięcina z bakłażanami
na 4 osoby :
500-600 g jagnięciny
2 duże bakłażany
2 cebule
1 ząbek czosnku
puszka cieciorki
płaska łyżeczka cynamonu
płaska łyżeczka ostrej papryki
oliwa lub olej
Jagnięcinę kroimy na kawałki. Obieramy cebule i kroimy w piórka. Rozgrzewamy trochę oliwy w rondlu i wrzucamy pokrojone mięso. Powinno się ładnie przyrumienić i skarmelizować z każdej strony. (Ostatnio zauważyłam, że najlepiej wychodzi to w żeliwnym rondlu.) Dodajemy pokrojoną cebulę, mieszamy i zostawiamy pod przykryciem, aż cebula zrobi się trochę miękka. Solimy i przyprawiamy pieprzem. Dodajemy cynamon i paprykę. Porządnie mieszamy i zalewamy wody. Przykrywamy i zostawiamy na ogniu na 45 minut.
W międzyczasie bakłażany myjemy i kroimy na dość grube plastry, tak około 0.5 cm. Partiami krótko smażymy lub grilujemy na patelni i odkładamy na bok.
Po 45 minutach sprawdzamy, czy mięso zaczyna dochodzić i wsypujemy do rondla cieciorkę. Jeśli zajdzie taka potrzeba, doprawiamy. Na wierzchu układamy plastry bakłażanów i zostawiamy na ogniu jeszcze na 10-15 minut. Podajemy z chlebem lub kaszą bulgur.
Sałatka z kolendry i pomidorów
kilka pomidorów w zależności od wielkości (w tej sałatce lubię pomieszać trzy różne gatunki, zwłaszcza, że mamy środek sezonu i można je dostać bez problemu – zazwyczaj biorę jedno bawole serce, 3 pomidory lycorossa lub roma i garść pomidorów koktajlowych)
bukiet kolendry – powinien być odpowiednio duży, bo to właśnie kolendra robi za zieloną sałatę w tej sałatce
1 lub 2 czerwone cebule
trochę oliwy
trochę świeżo wyciśniętetego soku z cytryny
sól i pieprz
mielony imbir
trochę papryki
Ufff, no i to by było na tyle, bo ileż można pisać o Ramadanie... W końcu ma być w Belgii od kuchni ;))
Serdecznie zapraszam!
300 g jagnięciny na zupę
3-4 pomidory
1 cebula
2-3 łodygi selera naciowego
100 g soczewicy
100 g cieciorki (może być z puszki)
100 g drobniutkiego makaronu typu vermicelles
drobno posiekana natka pietruszki i kolendra
oliwa
cytryna
przyprawy : sol i pieprz, szafran, papryka, mielony imbir, kurkuma
Cebulę obieramy i kroimy na grubsze kawałki. Wrzucamy do blendera razem z pokrojonymi pomidorami – można je wcześniej sparzyć i obrać ze skórki – i pokrojonymi lodygami selera i miksujemy.
Na odrobinie oliwy podsmażamy krótko pokrojone mięso, aż się ładnie przyrumieni. Dodajamy soczewicę i przyprawy. Dodajemy zblendowane warzywa, dolewamy litr wody. Solimy i przyprawiamy pieprzem. Zostawiamy na ogniu na pół godziny.
Na samym końcu dodajemy cieciorkę i makaron. Próbujemy i w razie potrzeby doprawiamy lub dolewamy wody. Po 10 minutach zupa jest gotowa. Podajemy z posiekaną natką i kolendrą. Można zupę delikatnie dokwasić sokiem ze świeżo wyciśniętej cytryny.
Duszona jagnięcina z bakłażanami
na 4 osoby :
500-600 g jagnięciny
2 duże bakłażany
2 cebule
1 ząbek czosnku
puszka cieciorki
płaska łyżeczka cynamonu
płaska łyżeczka ostrej papryki
oliwa lub olej
Jagnięcinę kroimy na kawałki. Obieramy cebule i kroimy w piórka. Rozgrzewamy trochę oliwy w rondlu i wrzucamy pokrojone mięso. Powinno się ładnie przyrumienić i skarmelizować z każdej strony. (Ostatnio zauważyłam, że najlepiej wychodzi to w żeliwnym rondlu.) Dodajemy pokrojoną cebulę, mieszamy i zostawiamy pod przykryciem, aż cebula zrobi się trochę miękka. Solimy i przyprawiamy pieprzem. Dodajemy cynamon i paprykę. Porządnie mieszamy i zalewamy wody. Przykrywamy i zostawiamy na ogniu na 45 minut.
Po 45 minutach sprawdzamy, czy mięso zaczyna dochodzić i wsypujemy do rondla cieciorkę. Jeśli zajdzie taka potrzeba, doprawiamy. Na wierzchu układamy plastry bakłażanów i zostawiamy na ogniu jeszcze na 10-15 minut. Podajemy z chlebem lub kaszą bulgur.
Sałatka z kolendry i pomidorów
kilka pomidorów w zależności od wielkości (w tej sałatce lubię pomieszać trzy różne gatunki, zwłaszcza, że mamy środek sezonu i można je dostać bez problemu – zazwyczaj biorę jedno bawole serce, 3 pomidory lycorossa lub roma i garść pomidorów koktajlowych)
bukiet kolendry – powinien być odpowiednio duży, bo to właśnie kolendra robi za zieloną sałatę w tej sałatce
1 lub 2 czerwone cebule
trochę oliwy
trochę świeżo wyciśniętetego soku z cytryny
sól i pieprz
mielony imbir
trochę papryki
Pomidory kroimy. Obieramy cebulę i kroimy na cienkie talarki. Listki kolendry oddzielamy od łodyżek. Dodajemy chlust oliwy, kilka łyżek soku z cytryny, szczodrze przyprawiamy – nie bójmy się imbiru i papryki – mieszamy, odstawiamy na 5-10 minut i gotowe. Sałatka eksploduje w ustach nieoczekiwaną świeżością.
Etykiety:
Kuchnia arabska,
Sałatki,
Zupy
niedziela, 5 sierpnia 2012
Różki nadziewane kozim serem z rozmarynem w sosie pomarańczowym
Jak widzicie jestem mocno zakręcona ostatnimi czasy na punkcie Maroka, tak bardzo chciałabym tam jeszcze raz pojechać – ale to chyba już nie w tym roku, więc pozostaje mi przeglądanie zdjęć i książek kucharskich z Maroka. Ponieważ zostało mi całkiem sporo ciasta filo w opakowaniu, które kupiłam, żeby zrobić pastillę, zaczęłam szukać jakiegoś ciekawego przepisu na wykorzystanie tego ciasta. I tak oto powstały te różki. Są bardzo proste w wykonaniu, a w połączeniu z pomarańczowym sosem bardzo efektowne. I nie tak bardzo słodkie jak tradycyjne wypieki marokańskie. Podałam je jako deser, natomiast w książce sugerowano je na śniadanie. Jeśli chodzi o przepis, to cały czas korzystam z nieocenionej Cuisine marocaine Latify Bennani-Smirès.
Różki z ciasta filo nadziewane kozim serem
z podanych proporcji wychodzi 12 rożków:
200 g świeżego sera koziego lub owczego
kilka gałązek rozmarynu
2 łyżki miodu
5 łyżek posiekanych migdałów
opakowanie ciasta filo
olej do smażenia
na sos: 1 duża pomarańcza i 2 łyżki miodu
Zaczynamy od przygotowaniu farszu: rozgniatamy widelcem ser, dodajemy miód i drobno posiekane listki rozmarynu.
Wycinamy paski szerokości 6 cm z ciasta filo. Układamy po łyżce farszu na każdym pasku, posypujemy migdałami i składamy w trójkąty jak samossy.
Rozgrzewamy olej na patelni i smażymy różki z każdej strony, aż się ładnie przyrumienią.
Z pomarańczy ścieramy trochę skórki i wyciskamy sok.
Na sąsiedniej patelni podgrzewamy sok, dodajemy dwie łyżki miodu i startą skórkę i redukujemy do uzyskania syropiastej konsystencji.
Podajemy polane sosem pomarańczowym. Jeśli to deser, to dwa różki na osóbę wystarczą...
...a to co zostanie następnego dnia na niedzielne śniadanie ;))
Etykiety:
ciasto filo,
Kuchnia arabska,
Na deser,
Ser
wtorek, 31 lipca 2012
Ramadan, naleśniki rghaïf, pastilla i inne marokańskie pyszności
Dokładnie rok temu przygotowywaliśmy się do wyjazdu do Maroka, a w Marrakeszu lądowaliśmy w dniu, w którym miał się rozpocząć Ramadan. Został ogłoszony co prawda dzień później, ale wszyscy znajomi wokół ostrzegali nas, że pechowo wybraliśmy termin na zwiedzanie Maroka. Że ludzie będą poddenerwowani rygorami, które narzuca Ramadan, że mogą być w złym humorze, niespecjalnie uprzejmi, zniecierpliwieni, lub wręcz opryskliwi. Nic bardziej błędnego i bardzo się cieszę, że mogliśmy odkryć ten kraj i jego kulturę właśnie w tym szczególnym okresie. Posiłki, na które trzeba czekać co prawda do zachodu słońca, przypominają wtedy małe uczty, na które chętnie zaprasza się rodzinę, sąsiadów i znajomych, a każdy kolejny dzień postu jest dla praktykującego muzułmanina swego rodzaju zwycięstwem moralnym i powodem do radości i dumy. Po zmierzchu tętni życie towarzyskie na ulicach, a wielu Marokańczyków bierze urlop w czasie Ramadanu, by podróżować i odwiedzić rodzinę. Koran nawołuje do szczerego i bezinteresownego wyrzeczenia, do jałmużny i ogólnie mówiąc, do życzliwości, do starań o przywrócenie zgody i utrwalenie pokoju wokół siebie. Osoby wierzące, które spotkałam, potrafiły o tym opowiadać z dużym przejęciem, w jakiś sposób nawiedzone i poruszone, jakby chciały podzielić się z nami tajemnicą wiary.
Ponieważ właśnie trwa Ramadan – w tym roku rozpoczął się w Maroku 20 lipca - chciałabym przypomnieć kilka przepisów kuchni marokańskiej, która od dawna mnie fascynuje. Na początek bardzo proste placki czy naleśniki, które potrafi ulepić każda Marokanka, a które można często kupić na ulicy: rghaïf. O ile podstawowy przepis na ciasto na rghaïf jest bardzo prosty, o tyle samo ich formowanie może się wydać skomplikowane i czasochłonne. Technika składanie rghaïf przypomina trochę ciasto francuskie. Rghaïf to również ciasto listkowe, które rozwarstwia się w środku naleśnika. Zauważcie, że kuchnia marokańska bardzo lubi takie zwijanie, składanie i warstwowanie: wystarczy przyjrzeć się łakociom z ciasta filo lub tradycyjnej bastei. Można je podać w formie wytrawnej nadziewane jakimś farszem, mięsem lub warzywami, lub na słodko. Ja przytaczam przepis podstawowy, zaczerpnięty z książki z przepisamy Latify Bennani-Smirès wydanej w latach 70-tych w Maroku.
Marokańskie rghaïf
z podanych proporcji wyszlo mi 12 naleśników
250 g mąki
pół łyżeczki soli
125-150 ml wody
40 cl oleju
Mąkę mieszamy z solą i do suchych składników dolewamy wodę. Zagniatamy ciasto: powinno być bardzo elastyczne i mieć konsystencję miękkiej plasteliny. Uformowaną kulkę odkładamy na bok na 15-20 minut.
Olej nalewamy do miseczki, w której łatwo będzie nam moczyć palce. Natłuszczamy sobie palce i od ciasta odrywamy kuleczki wielkości piłeczki pingpongowej. Kuleczki natłuszczamy z wierzchu i pamiętamy o tym, żeby regularnie moczyć palce w oleju.
Formując naleśniki, ważne, żeby pracować na odpowiednio natłuszczonej desce lub blacie, tak żeby ciasto nie przyklejało się. Absolutnie nie podsypujemy sobie mąki: ciasto utraci swoją elastyczność i zrobi się niepotrzebnie twarde. Każdą z kuleczek rozpłaszczamy palcami (to ciasto nie lubi naszego drewnianego walka), a następnie rozciągamy palcami jak gumę do żucia. Możliwe, że zrobią się nam dziury, ciasto porwie się w niektórych miejscach. Nie przejmujcie się – to kwestia wprawy. Zobaczycie, że z każdym kolejnym naleśnikiem będzie szło wam coraz lepiej, a ciasto i tak będziemy potem składać w kopertę. Kiedy już poczujecie, że nie dacie rady więcej rozciągać ciasta, zaczynamy składanie jak na poniższej instrukcji obrazkowej. Pamiętajcie cały czas o nawilżaniu palców i ciasta olejem. Powinniśmy otrzymać koperty wielkości dłoni.
Naleśniki smażymy na lekko natłuszczonej olejem patelni. Przed położeniem ich na rozgrzaną patelnię jeszcze raz delikatnie je rozciągamy w taki sposób, by dostosować ich wymiary do patelni. Smażymy po jednej sztuce z każdej strony. Kiedy przekroicie usmażony naleśnik na pół, będziecie mogli zauważyć poszczególne warstwy ciasta, a w czasie smażenia będą się robiły na powierzchni ciasta bąbelki, a nawet całkiem spore pęcherze.
Podajemy oprószone cukrem pudrem – ja smaruję je masłem i delikatnie skrapiam sokiem z cytryny, a moja marokańska przyjaciółka skrapia je wodą z kwiatu pomarańczy. Można też po prostu polać je miodem albo zdrowszym od miodu syropem z agawy. No i obowiązkowo miętowa herbata.
Uwagi:
1. W przepisie o podanych przeze mnie proporcjach podano 40 cl oleju. Starałam się, ale nie udało mi się wykorzystać takiej ilości i niewykorzystany olej przelałam z powrotem do butelki. Nie należy jednak oszczędzać na oleju, bo placki wyjdą po prostu za suche i twarde.
2. Naleśniki bardzo szybko się smażą, a ich formowanie wcale nie jest takie trudne. To moje drugie podejście i z rezultatu byłam bardzo zadowolona: smakowały jak te, które jadłam w Marrakeszu.
3. W czasie składania koperty można ciasto posypać płatkami migdałów, semoliną albo cukrem. Wtedy też nakłada się farsz, gdybyśmy robili je w wersji wytrawnej, ale na to przyjdzie czas pózniej.
4. W niektórych przepisach można się też spotkać z dodatkiem drożdży i cukru.
Poniżej inny przysmak kuchni Maroka: pastilla, która jest rodzajem wypieku z cienkiego ciasta filo. Pastillę nadziewa się jajkami, migdałami i mięsem, a ostatnio nawet owocami morza, a całość posypana jest przed podaniem cukrem pudrem i cynamonem. To danie, które podaje się na uroczystych przyjęciach. Po przepis odsyłam was do Galerii potraw: o pastilli napisała przepięknie i obszernie Krysia.
Na koniec kilka apetycznych zdjęć z witryny arabskiej cukierni, którą otwarto niedawno na brukselskiej starówce. Mam nadzieję zachęcić was tym sposobem do odkrywania i poznawania kuchni marokańskiej, do której na pewno jeszcze nie raz wrócę.
Wyznam wam, że wolę patrzeć na te słodkości niż je jeść, tak bardzo są słodkie.
Ponieważ właśnie trwa Ramadan – w tym roku rozpoczął się w Maroku 20 lipca - chciałabym przypomnieć kilka przepisów kuchni marokańskiej, która od dawna mnie fascynuje. Na początek bardzo proste placki czy naleśniki, które potrafi ulepić każda Marokanka, a które można często kupić na ulicy: rghaïf. O ile podstawowy przepis na ciasto na rghaïf jest bardzo prosty, o tyle samo ich formowanie może się wydać skomplikowane i czasochłonne. Technika składanie rghaïf przypomina trochę ciasto francuskie. Rghaïf to również ciasto listkowe, które rozwarstwia się w środku naleśnika. Zauważcie, że kuchnia marokańska bardzo lubi takie zwijanie, składanie i warstwowanie: wystarczy przyjrzeć się łakociom z ciasta filo lub tradycyjnej bastei. Można je podać w formie wytrawnej nadziewane jakimś farszem, mięsem lub warzywami, lub na słodko. Ja przytaczam przepis podstawowy, zaczerpnięty z książki z przepisamy Latify Bennani-Smirès wydanej w latach 70-tych w Maroku.
Marokańskie rghaïf
z podanych proporcji wyszlo mi 12 naleśników
250 g mąki
pół łyżeczki soli
125-150 ml wody
40 cl oleju
Mąkę mieszamy z solą i do suchych składników dolewamy wodę. Zagniatamy ciasto: powinno być bardzo elastyczne i mieć konsystencję miękkiej plasteliny. Uformowaną kulkę odkładamy na bok na 15-20 minut.
Olej nalewamy do miseczki, w której łatwo będzie nam moczyć palce. Natłuszczamy sobie palce i od ciasta odrywamy kuleczki wielkości piłeczki pingpongowej. Kuleczki natłuszczamy z wierzchu i pamiętamy o tym, żeby regularnie moczyć palce w oleju.
Formując naleśniki, ważne, żeby pracować na odpowiednio natłuszczonej desce lub blacie, tak żeby ciasto nie przyklejało się. Absolutnie nie podsypujemy sobie mąki: ciasto utraci swoją elastyczność i zrobi się niepotrzebnie twarde. Każdą z kuleczek rozpłaszczamy palcami (to ciasto nie lubi naszego drewnianego walka), a następnie rozciągamy palcami jak gumę do żucia. Możliwe, że zrobią się nam dziury, ciasto porwie się w niektórych miejscach. Nie przejmujcie się – to kwestia wprawy. Zobaczycie, że z każdym kolejnym naleśnikiem będzie szło wam coraz lepiej, a ciasto i tak będziemy potem składać w kopertę. Kiedy już poczujecie, że nie dacie rady więcej rozciągać ciasta, zaczynamy składanie jak na poniższej instrukcji obrazkowej. Pamiętajcie cały czas o nawilżaniu palców i ciasta olejem. Powinniśmy otrzymać koperty wielkości dłoni.
Naleśniki smażymy na lekko natłuszczonej olejem patelni. Przed położeniem ich na rozgrzaną patelnię jeszcze raz delikatnie je rozciągamy w taki sposób, by dostosować ich wymiary do patelni. Smażymy po jednej sztuce z każdej strony. Kiedy przekroicie usmażony naleśnik na pół, będziecie mogli zauważyć poszczególne warstwy ciasta, a w czasie smażenia będą się robiły na powierzchni ciasta bąbelki, a nawet całkiem spore pęcherze.
Uwagi:
1. W przepisie o podanych przeze mnie proporcjach podano 40 cl oleju. Starałam się, ale nie udało mi się wykorzystać takiej ilości i niewykorzystany olej przelałam z powrotem do butelki. Nie należy jednak oszczędzać na oleju, bo placki wyjdą po prostu za suche i twarde.
2. Naleśniki bardzo szybko się smażą, a ich formowanie wcale nie jest takie trudne. To moje drugie podejście i z rezultatu byłam bardzo zadowolona: smakowały jak te, które jadłam w Marrakeszu.
3. W czasie składania koperty można ciasto posypać płatkami migdałów, semoliną albo cukrem. Wtedy też nakłada się farsz, gdybyśmy robili je w wersji wytrawnej, ale na to przyjdzie czas pózniej.
4. W niektórych przepisach można się też spotkać z dodatkiem drożdży i cukru.
Poniżej inny przysmak kuchni Maroka: pastilla, która jest rodzajem wypieku z cienkiego ciasta filo. Pastillę nadziewa się jajkami, migdałami i mięsem, a ostatnio nawet owocami morza, a całość posypana jest przed podaniem cukrem pudrem i cynamonem. To danie, które podaje się na uroczystych przyjęciach. Po przepis odsyłam was do Galerii potraw: o pastilli napisała przepięknie i obszernie Krysia.
Na koniec kilka apetycznych zdjęć z witryny arabskiej cukierni, którą otwarto niedawno na brukselskiej starówce. Mam nadzieję zachęcić was tym sposobem do odkrywania i poznawania kuchni marokańskiej, do której na pewno jeszcze nie raz wrócę.
Etykiety:
ciasto filo,
Kuchnia arabska,
Naleśniki
sobota, 21 kwietnia 2012
Aromatyczny kurczak z karczochami i oliwkami
Ja się jednak tak łatwo nie poddaję i trochę eksperymentów, całkiem udanych, z karczochami po drodze od tego czasu było. No i powiem wam: jak najbardziej warto! Uwielbiam ich zapach na rękach po obieraniu i chrupiąc pojedyncze listki, myślę, jaką by tu sałatkę zrobić z surowych karchochów. A jak pachnie w kuchni, kiedy karczochy duszą się z mięta alla romana! Albo jeszcze lepiej: z oliwkami, czosnkiem i cytrynami...
Potrawka z kurczaka z karczochami, oliwkami i cytrynami (niezwykle aromatyczna)
4-5 karczochów
4-5 kawałków kurczaka
garść oliwek
3-4 ząbki czosnku
1 cytryna koniecznie bio
pęczek kolendry
łyżka kurkumy
sól i świeżo mielony pieprz
oliwa
Zaczynamy od obierania karczochów: w pierwszej kolejności przygotowujemy miskę z zimną wodą do której wyciskamy trochę soku z pokrojonej na ćwiartki cytryny. Ćwiartki cytryny również wrzucamy do miski z wodą.
Odrywamy zewnętrzne płatki, dopóki nie ukażą się nam te jaśniejsze i delikatniejsze rzędy płatków. Łodyga karczocha również jest jadalna i bardzo smaczna. Obieramy ją z zewnętrznych włókien nożykiem. Następnie ścinamy górną część płatków mniej więcej w połowie kwiatu. Karczochy kroimy na ćwiartki i sprawdzamy, czy w środku są charakterystyczne włoski, które Francuzi nazywają siankiem, a Włosi bródką i które najlepiej zawsze usunąć.
W rondlu rozgrzewamy trochę oliwy i przyrumieniamy kawałki kurczaka. Przyprawiamy solą i pieprzem, posypujemy kurkumą. Dodajemy nieobrane ząbki czosnku. Mieszamy i dolewamy trochę wody, tak żeby mięso było zanurzone do połowy. Dodajemy oliwki.
Na wierzchu układamy kawałki karczochów i ćwiartki cytryny. Delikatnie solimy, przykrywamy i zostawiamy na umiarkowanym ogniu na godzinę.
Od czasu do czasu zaglądamy do rondla, żeby się upewnić, że na dnie rondla ciągle jest trochę wody i że mięso się nie przypala. Pod koniec dodajemy kolendrę.
PS: Przepis pochodzi z książki Fatemy Hal La cuisine du Maroc. Nie mam taginu, więc posłużyłam się żeliwnym garnkiem, a zamiast kuskusu podałam kurczaka z ryżem
Etykiety:
Karczochy,
Kuchnia arabska
środa, 15 lutego 2012
Sałatka z fenkułu z kuskusem o cytrusowym posmaku
Jeszcze jedna sałatka wyszperana w kuchni Fatemy Hal, o której wspominałam kilka dni temu. Prosta a jednocześnie stanowiąca miłą odmianę dla kuskusu i tabule, które mogło się nam już trochę znudzić. Będzie to moja kolejna propozycja do festiwalu kuchni arabskiej.
Prosta sałatka z fenkułu z kuskusem o cytrusowym posmaku
1 duży ładny fenkuł
2 średnie cebule
pół cytryny
pół pomarańczy
1 płaska łyżeczka kolendry
trochę soli
pół szklanki kuskusu
trochę oliwy do smażenia
Myjemy bulwę fenkułu i kroimy na pół, a ładniejsze, zielone listki odcinamy i zostawiamy do dekoracji.
Cebule obieramy i kroimy w piórka. Fenkuł szatkujemy i jeśli to konieczne, usuwamy zgrubiałe, włókniste zewnętrzne części. Wrzucamy pokrojoną cebulę na rozgrzany tłuszcz, chwilę smażymy, ale tak, żeby się nie przypaliła tylko delikatnie zeszkliła. Dodajemy fenkuł, delikatnie solimy i przykrywamy pokrywką. Zostawiamy na kilka minut na niezbyt intensywnym ogniu. W międzyczasie ścieramy trochę skórki z pomarańczy i cytryny oraz wyciskamy sok. Kolendrę tłuczemy w moździerzu na drobniejsze kawałki. Do fenkułu dodajemy najpierw sok z cytryny i skórkę oraz kolendrę, a kiedy odparuje skórkę z pomarańczy i sok. Sok powinien się troszeczkę zredukować, a sam fenkuł powinien być miękki a jednocześnie zachować odrobinę swojej chrupkości.
Zdejmujemy z ognia. Kiedy warzywa będą stygnąć, przygotowujemy kuskus. Do suchego kuskusu dodajemy łyżkę oliwy i dokładnie mieszamy, tak żeby obtoczyć wszystkie ziarenka w tłuszczu. Dodajemy taką samą ilość gorącej lekko osolonej wody, czyli również pół szklanki. Przykrywamy i czekamy, aż ziarenka kuskusu zaczną pęcznieć i wchłoną wodę. Dokładnie mieszamy widelcem, rozdzielając grudki, tak żeby kuskus był sypki jak kasza. Łączymy z warzywami z patelni i dekorujemy zielonymi częściami fenkułu, które odłożyliśmy na bok na początku.
Doprawiamy a jeśli sałatka wydaje się nam sucha, można dolać jeszcze trochę oliwy.
Sałatkę można wzbogacić kawałkami kurczaka i mamy kompletny posiłek.
Prosta sałatka z fenkułu z kuskusem o cytrusowym posmaku
1 duży ładny fenkuł
2 średnie cebule
pół cytryny
pół pomarańczy
1 płaska łyżeczka kolendry
trochę soli
pół szklanki kuskusu
trochę oliwy do smażenia
Myjemy bulwę fenkułu i kroimy na pół, a ładniejsze, zielone listki odcinamy i zostawiamy do dekoracji.
Cebule obieramy i kroimy w piórka. Fenkuł szatkujemy i jeśli to konieczne, usuwamy zgrubiałe, włókniste zewnętrzne części. Wrzucamy pokrojoną cebulę na rozgrzany tłuszcz, chwilę smażymy, ale tak, żeby się nie przypaliła tylko delikatnie zeszkliła. Dodajemy fenkuł, delikatnie solimy i przykrywamy pokrywką. Zostawiamy na kilka minut na niezbyt intensywnym ogniu. W międzyczasie ścieramy trochę skórki z pomarańczy i cytryny oraz wyciskamy sok. Kolendrę tłuczemy w moździerzu na drobniejsze kawałki. Do fenkułu dodajemy najpierw sok z cytryny i skórkę oraz kolendrę, a kiedy odparuje skórkę z pomarańczy i sok. Sok powinien się troszeczkę zredukować, a sam fenkuł powinien być miękki a jednocześnie zachować odrobinę swojej chrupkości.
Zdejmujemy z ognia. Kiedy warzywa będą stygnąć, przygotowujemy kuskus. Do suchego kuskusu dodajemy łyżkę oliwy i dokładnie mieszamy, tak żeby obtoczyć wszystkie ziarenka w tłuszczu. Dodajemy taką samą ilość gorącej lekko osolonej wody, czyli również pół szklanki. Przykrywamy i czekamy, aż ziarenka kuskusu zaczną pęcznieć i wchłoną wodę. Dokładnie mieszamy widelcem, rozdzielając grudki, tak żeby kuskus był sypki jak kasza. Łączymy z warzywami z patelni i dekorujemy zielonymi częściami fenkułu, które odłożyliśmy na bok na początku.
Doprawiamy a jeśli sałatka wydaje się nam sucha, można dolać jeszcze trochę oliwy.
Etykiety:
Fenkuł,
Kuchnia arabska,
Sałatki
sobota, 4 lutego 2012
Sałatka z buraków aromatyzowana wodą z kwiatu pomarańczy
Nie będzie o tym, że zimno, choć od tygodnia to główny temat naszych rozmów w pracy czy przy stole. I nie będzie dzisiaj fondue ani gęstej, rozgrzewającej zupy. Bo jest po prostu pięknie, i szkoda siedzieć w domu. Dlatego zwięźle i krótko: ta sałatka jest niezwykle prosta, a kolor po prostu magiczny.
Wbrew pozorom (bo na polskim stole buraki to po prostu banał ;)) egzotyczna! Przepis wyszperałam w książce Fatemy Hal. Fatéma Hal, z wykształcenia etnolog, odznaczona za zasługi w dziedzinie kultury Legią Honorową, to we Francji guru kuchni marokańskiej i autorka wielu książek na ten temat. Obok tradycyjnych przepisów na tajine czy pastillę, w jej książkach można znaleźć prawdziwe perełki: mniej znane potrawy domowej, nie spotykanej w restauracjach kuchni marokańskiej. Jedną z nich jest właśnie ta prosta sałatka z buraków. Czyli coś, co dobrze znamy, a jednak w oryginalnym wydaniu: składniki do wykonania sosu dosyć zaskakujące. Bo czy buraki, czosnek i aromat wody z kwiatu pomarańczy* mogą funkcjonować razem? Sprawdziłam i muszę wam powiedzieć, że zostałam miło zaskoczona. Polecam, tylko nie pomijajcie żadnego ze składników!
Sałatka z buraków aromatyzowana wodą z kwiatu pomarańczy
Chalada dial bitrave b'ma ward
proporcje na 4 osoby:
3 średnio duże buraki (tak mniej więcej 250 g)
szczypta soli
na sos: łyżka oliwy, 1 ząbek czosnku, łyżeczka cukru, łyżka wody z kwiatu pomarańczy
Buraki zawijamy w folię aluminiową i pieczemy przez godzinę w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni. Jeśli buraki są większe, pewnie będzie trwało to dłużej. (Uwielbiam zapach takich piekących się buraków!)
Po przestudzeniu obieramy je i albo rozduszamy widelcem albo ścieramy na tarce. Delikatnie solimy.
Przygotowujemy sos: obieramy ząbek czosnku i rozgniatamy go w moździeżu. Dolewamy oliwę, dodajemy cukier i rozcieramy tak, by połączyć składniki na gładki sos (trochę jak pesto). Na końcu dodajemy wodę z kwiatu pomarańczy. Łączymy buraki z sosem i podajemy. Zaskakujące, prawda ?!
Sałatka doskonale wpisuje się w festiwal kuchni arabskiej, który zaproponowała nam już po raz drugi Panna Malwinna.
* Woda z kwiatów pomarańczy – eau de fleur d'oranger – to woda kwiatowa, zwana fachowo hydrolatem. Hydrolat jest produktem ubocznym powstającym podczas destylacji mającej na celu pozyskiwanie z roślin (np. lawendy czy tymianku) olejków eterycznych. Powstająca w czasie destylacji para wodna zabiera ze sobą cząsteczki nierozpuszczalnych w wodzie olejków eterycznych. Następnie po ochłodzeniu woda oddziela się od olejku eterycznego. Jednak ta schłodzona woda nie jest „czysta” - znajdują się w niej rozpuszczalne w wodzie części roślinne oraz niewielka ilość olejku eterycznego. Ze względu na swój wyjątkowy aromat jest bardzo popularna w kuchni Magrebu. Stosowana jest również w przemyśle kosmetycznym.
Wbrew pozorom (bo na polskim stole buraki to po prostu banał ;)) egzotyczna! Przepis wyszperałam w książce Fatemy Hal. Fatéma Hal, z wykształcenia etnolog, odznaczona za zasługi w dziedzinie kultury Legią Honorową, to we Francji guru kuchni marokańskiej i autorka wielu książek na ten temat. Obok tradycyjnych przepisów na tajine czy pastillę, w jej książkach można znaleźć prawdziwe perełki: mniej znane potrawy domowej, nie spotykanej w restauracjach kuchni marokańskiej. Jedną z nich jest właśnie ta prosta sałatka z buraków. Czyli coś, co dobrze znamy, a jednak w oryginalnym wydaniu: składniki do wykonania sosu dosyć zaskakujące. Bo czy buraki, czosnek i aromat wody z kwiatu pomarańczy* mogą funkcjonować razem? Sprawdziłam i muszę wam powiedzieć, że zostałam miło zaskoczona. Polecam, tylko nie pomijajcie żadnego ze składników! Sałatka z buraków aromatyzowana wodą z kwiatu pomarańczy
Chalada dial bitrave b'ma ward
proporcje na 4 osoby:
3 średnio duże buraki (tak mniej więcej 250 g)
szczypta soli
na sos: łyżka oliwy, 1 ząbek czosnku, łyżeczka cukru, łyżka wody z kwiatu pomarańczy
Buraki zawijamy w folię aluminiową i pieczemy przez godzinę w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni. Jeśli buraki są większe, pewnie będzie trwało to dłużej. (Uwielbiam zapach takich piekących się buraków!)
Po przestudzeniu obieramy je i albo rozduszamy widelcem albo ścieramy na tarce. Delikatnie solimy.
Przygotowujemy sos: obieramy ząbek czosnku i rozgniatamy go w moździeżu. Dolewamy oliwę, dodajemy cukier i rozcieramy tak, by połączyć składniki na gładki sos (trochę jak pesto). Na końcu dodajemy wodę z kwiatu pomarańczy. Łączymy buraki z sosem i podajemy. Zaskakujące, prawda ?!
Sałatka doskonale wpisuje się w festiwal kuchni arabskiej, który zaproponowała nam już po raz drugi Panna Malwinna.
* Woda z kwiatów pomarańczy – eau de fleur d'oranger – to woda kwiatowa, zwana fachowo hydrolatem. Hydrolat jest produktem ubocznym powstającym podczas destylacji mającej na celu pozyskiwanie z roślin (np. lawendy czy tymianku) olejków eterycznych. Powstająca w czasie destylacji para wodna zabiera ze sobą cząsteczki nierozpuszczalnych w wodzie olejków eterycznych. Następnie po ochłodzeniu woda oddziela się od olejku eterycznego. Jednak ta schłodzona woda nie jest „czysta” - znajdują się w niej rozpuszczalne w wodzie części roślinne oraz niewielka ilość olejku eterycznego. Ze względu na swój wyjątkowy aromat jest bardzo popularna w kuchni Magrebu. Stosowana jest również w przemyśle kosmetycznym.
Etykiety:
Buraki,
Kuchnia arabska
wtorek, 30 sierpnia 2011
Naleśniki z tysiącem dziur z Maroka
Dzisiaj przepis na naleśniki, którymi rozpieszczał nas w Atlasie nasz obozowy kucharz, Ibrahim. Nikt z nas nie spodziewał się, że jadąc na kilka dni pod namiot w góry, będziemy tak dobrze jeść. Warunki miały być polowe (mój syn użyłby pewnie przymiotnika „prymitywne” ;), woda ze strumienia koniecznie z pastylkami do uzdatniania, że nie wspomnę o prądzie i o rozpoczynającym się ramadamie, a Ibrahim codziennie witał nas innymi naleśnikami na podwieczorek. Starałam się jak najwięcej informacji zanotować, choć Ibrahim pytany o proporcje, pokazywał zawsze oczy: C'est ici ta balance. Próbuję sobie teraz przy pomocy internetu i książek tę wiedzę jakoś uporządkować, ale nie jest to proste. Te same potrawy pojawiają się pod nazwami arabskimi, berberyjskimi lub francuskimi, a ilość przepisów jest po prostu zaskakująca.
Te małe, przypominające crumpets naleśniczki noszą nazwę baghrir lub beghrir. Nazywa się je również naleśnikami z tysiącem dziur (crêpes aux mille trous). Są lekkie, troche gąbczaste, no i najważniejsze pełne otworów, w które potem wlewa się amlou, przepyszna pasta z oleju arganowego, miodu i orzechów. Jednak moim ulubionym do nich smarowidłem stała się zadziwiająca, bursztynowa konfitura z batatów. Jak widać, kulinarnym odkryciom i niespodziankom w Maroku nie było końca ;)
Berberyskie naleśniki z tysiącem dziurek
Crêpes berbères aux mille trous
400 g semoliny (można zastąpić kaszą manną, ale uwaga: wyjdą dużo bledsze)
100 g mąki
80 cl wody
2 torebki drożdży w proszku (2 x 7 g)
pół łyżeczki soli
olej do smażenia
Semolinę rozprowadzamy z wodą i solą. Dokładnie miksujemy i dodajemy mąkę. Na końcu dodajemy drożdże.
Rozgrzewamy na patelni odrobinę oleju, wylewamy trochę ciasta i smażymy na delikatnym ogniu około 2 minut. Wierzch powinien stężeć i pojawią się bąbelki. Wierzch ciasta nie powinien być klejący. Jeśli nie jest, to powinno naleśnikom wystarczyć, zdejmujemy z patelni. Naleśniki te smaży się tylko z jednej strony, ale jeśli chcecie, można je przewrócić na drugą stronę i lekko dopiec.
Podajemy z miodem, z konfiturami, z tym, co lubimy najbardziej.
Nasz codzienny rytuał parzenia herbaty. Bo nic tak nie gasi pragnienia po całym dniu marszu jak miętowa, aromatyczna herbata. Jej orzeźwiający smak nie miał sobie równych no i można sobie było potem długo dolewać z czajniczka. A ku uciesze najmłodszych uczestników naszej wyprawy nawet w najbardziej oddalonych i odciętych od tak zwanej cywilizacji wioskach można było znaleźć jakiś skromnie zaopatrzony w kilka butelek boutique.
Always coca-cola?
;))
- Zawsze szczytami chodził nie będziesz - powtarzał nam prawie codziennie Mourad. Wśród pól, a właściwie poletek uprawnych, kanałów irygacyjnych, soczyście zielonych gajów, prowadził nas od wioski do wioski. Czasami zostawialiśmy za sobą przyjemny cień drzew orzechowych oraz zajętych swoimi codziennymi obowiązkami mieszkańców, by wspiąć się wyżej i podziwiać ciemnobrązowe, ceglasto-czerwone skały okolicznych szczytów. Gdzieś tam w oddali rozciągała się Sahara, w dole widać było poletka i zabudowania berberyjskich wiosek, a wokół nas ta niezwykła cisza, którą przerywało od czasu do czasu nawoływanie do modlitwy.



Chociaż w Maroku wyraźnie widać dążenie do zmian na lepsze i do poprawy życia mieszkańców, wiele dzieci w odciętych od świata wioskach ciągle nie chodzi do szkoły. Język Berberów został co prawda kilka miesięcy temu wpisany do konstytucji obok arabskiego jako drugi oficjalny język w Maroku, ale ciągle brakuje szkół i nauczycieli.
Trudno przejść obok tych dzieci obojętnie. Pojawiają się zaciekawione natychmiast, kiedy tylko zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. Pytają o długopisy i cukierki. Cukierków na szczęście nie mamy - niektóre z dzieci mają bardzo popsute zęby i pewnie nigdy nie były u dentysty, a jednym długopisem trudno obdzielić tak liczną gromadkę. Dzielimy się więc tym, co nosimy do jedzenia w plecakach. Najczęściej są to suszone owoce, pomarańcze i jabłka.
To tyle o Maroku. Mam nadzieję, ze was nie zanudziłam. A do kuchni marokańskiej, i do Maroka, na pewno będę jeszcze wracać...

Te małe, przypominające crumpets naleśniczki noszą nazwę baghrir lub beghrir. Nazywa się je również naleśnikami z tysiącem dziur (crêpes aux mille trous). Są lekkie, troche gąbczaste, no i najważniejsze pełne otworów, w które potem wlewa się amlou, przepyszna pasta z oleju arganowego, miodu i orzechów. Jednak moim ulubionym do nich smarowidłem stała się zadziwiająca, bursztynowa konfitura z batatów. Jak widać, kulinarnym odkryciom i niespodziankom w Maroku nie było końca ;)
Berberyskie naleśniki z tysiącem dziurek
Crêpes berbères aux mille trous
400 g semoliny (można zastąpić kaszą manną, ale uwaga: wyjdą dużo bledsze)
100 g mąki
80 cl wody
2 torebki drożdży w proszku (2 x 7 g)
pół łyżeczki soli
olej do smażenia
Semolinę rozprowadzamy z wodą i solą. Dokładnie miksujemy i dodajemy mąkę. Na końcu dodajemy drożdże.
Rozgrzewamy na patelni odrobinę oleju, wylewamy trochę ciasta i smażymy na delikatnym ogniu około 2 minut. Wierzch powinien stężeć i pojawią się bąbelki. Wierzch ciasta nie powinien być klejący. Jeśli nie jest, to powinno naleśnikom wystarczyć, zdejmujemy z patelni. Naleśniki te smaży się tylko z jednej strony, ale jeśli chcecie, można je przewrócić na drugą stronę i lekko dopiec.
Podajemy z miodem, z konfiturami, z tym, co lubimy najbardziej.
Nasz codzienny rytuał parzenia herbaty. Bo nic tak nie gasi pragnienia po całym dniu marszu jak miętowa, aromatyczna herbata. Jej orzeźwiający smak nie miał sobie równych no i można sobie było potem długo dolewać z czajniczka. A ku uciesze najmłodszych uczestników naszej wyprawy nawet w najbardziej oddalonych i odciętych od tak zwanej cywilizacji wioskach można było znaleźć jakiś skromnie zaopatrzony w kilka butelek boutique.
Always coca-cola?
;))



W Atlasie jest niewiele schronisk, można więc rozbijać namioty. Trzeba się tylko upewnić, że nie znajdujemy się na czyimś poletku. I że nie będziemy przeszkadzać odpoczywającym pod kamieniami skorpionom ;))
Hassan, odziany w przyciagające wzrok, charakterystyczne indigo berberyjski przewodnik spotkany na szlaku. I Hassan, synek gospodarzy, którzy użyczyli nam miejsca w swoim skromnym obejściu na obozowisko.
Trudno przejść obok tych dzieci obojętnie. Pojawiają się zaciekawione natychmiast, kiedy tylko zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. Pytają o długopisy i cukierki. Cukierków na szczęście nie mamy - niektóre z dzieci mają bardzo popsute zęby i pewnie nigdy nie były u dentysty, a jednym długopisem trudno obdzielić tak liczną gromadkę. Dzielimy się więc tym, co nosimy do jedzenia w plecakach. Najczęściej są to suszone owoce, pomarańcze i jabłka.
Na każdym kroku widać, jak ciężko jest mieszkającym tam ludziom i że życie ich nie rozpieszcza. Ale wystarczy trochę posiedzieć i pobyć z nimi, by zrozumieć, że nie o luksusy chodzi w życiu i nabrać do swoich własnych problemów i spraw pewnego dystansu. Terapia i zarazem lekcja pokory...
To tyle o Maroku. Mam nadzieję, ze was nie zanudziłam. A do kuchni marokańskiej, i do Maroka, na pewno będę jeszcze wracać...

Etykiety:
Kuchnia arabska,
Na deser,
Naleśniki,
Podróże
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.jpg)
































