Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapomniane warzywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapomniane warzywa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 listopada 2013

Soczewica z dynią i pasternakiem


Ta sałatka – bo jest to sałatka podkręcona balsamicznym sosem vinaigrette – jest pyszna, zdrowa i niesamowicie prosta. Często robię ją sobie do pracy. Przepis pochodzi z magazynu Saveurs.



Sałatka z soczewicy z dynią i pasternakiem

200 g soczewicy 
ćwiartka dyni butternut lub innej, którą lubicie o wadze 150 g
1 pasternak 
pestki dyni, słonecznika oraz siemię lniane
do przyprawienia trochę oliwy, octu balsamico i miodu, sól oraz pieprz 

Soczewicę ugotować w lekko posolonej wodzie. 

Obrać dynię i pasternak. Dynię pokroić w kostkę, a pasternak na słupki. Rozgrzać trochę oliwy i wrzucić pasternak i dynię. Podsmażyć przez 10 minut, aż warzywa się przyrumienią. Powinny pozostać jednak chrupiące. Delikatnie posolić i doprawić świeżo mielonym pieprzem. 

Pestki dyni, słonecznika oraz siemię lniane uprażyć na suchej patelni. 
 
Połączyć jeszcze ciepłą soczewicę z warzywami, przyprawić oliwą, balsamico i ewentualnie miodem. To danie smakuje zarówno na ciepło jak i kompletnie przestudzone.


Tak przy okazji wyznam wam, że kiedy przygotowuję dynię, odkrawam kawałek i przepuszczam przez sokowirówkę. Ponieważ tym razem został mi też pasternak, dodałam kawałek oraz całe jabłko. Genialny sok wyszedł, spróbujcie.  

środa, 12 grudnia 2012

Krzepiąca zupa korzeniowa

Zupa korzeniowa. Tak ją nazywam, bo robi się ją z samych warzyw korzeniowych, w zależności od tego, co macie akurat w lodówce. U mnie były to trzy bulwy topinamburu, jedna pietruszka, trochę skorzonery i kawałek selera. Żeby było kolorowiej, można dodać też brukwi albo po prostu marchewki. Nie zapominajmy o pasternaku! Dwa, trzy ziemniaczki też jej nie zaszkodzą. Będzie jeszcze bardziej krzepiąca. U nas spory mróz, więc takie rozgrzewające, krzepiące zupy jak najbardziej teraz wskazane.



 

Krzepiąca zupa korzeniowa
1 duża cebula 
120 g plaster wędzonego boczku 
500 g różnych wyżej wymienionych warzyw 
2 ziemniaki 
2 listki laurowe 
trochę oliwy 
półtora litra wywaru mięsnego 
sól i pieprz

Warzywa obieramy, płuczemy i kroimy w równą kostkę. Cebulę obieramy i kroimy w piórka. Boczek kroimy w kostkę. Rozgrzewamy w rondlu oliwę i dusimy na niej cebulę. Dodajemy boczek, mieszamy i dusimy pod przykryciem. Pilnujemy, żeby się cebula nie przypaliła, ma się po prostu zeszklić. Po kilku minutach dodajemy pokrojone warzywa i dalej dusimy pod przykryciem przez 10-15 minut. Delikatnie przyprawiamy solą i świeżo mielonym pieprzem. Dodajemy listek laurowy, zalewamy wywarem i gotujemy przez następne 15 minut. Doprawiamy, jeśli zajdzie taka potrzeba i podajemy zupę posypaną świeżo startym parmezanem. 




Czasami dodaję do tej zupy małą puszkę białej fasolki. Mam wrażenie, że duszący się w rondlu boczek wręcz się o nią prosi. 

Nas śnieg nie zasypał, ale jest (jak na Belgię !) spory mróz. Po prostu zima...


środa, 5 grudnia 2012

Zapiekanka z czarnym korzeniem, który tak naprawdę jest biały

...albo mówicie, że zapiakanka ze skorzonerą zwaną również wężymordem i robicie wrażenie na gościach na bank ;)

Jak smakuje skorzonera? Niektórzy porównują smak skorzonery do białych szparagów. W moim odczuciu to trochę przesadzone. Ugotowana skorzonera bardziej przypomina mi smak pietruszki, albo coś pomiędzy pietruszką a selerem. W każdym bądź razie jest bardzo łagodna i delikatna w smaku, nie ma tej charakterystycznej dla szparagów goryczki. Lubię ją zapiekać na przykład z marchewką i bardziej wyrazistym serem. Tutaj użyłam gorgonzoli, a sos do zapiekania aromatyzuje się czosnkiem i rozmarynem. Wierzch posypuję zwykle orzechami włoskimi, ale akurat zabrakło i były migdały. Wolę jednak zdecydowanie orzechy.


 

Moi drodzy, zima zawitała chyba do wszystkich na dobre, więc czas pomyśleć o zakopcowanych (i zapomnianych) warzywach! Mam nadzieję, że znajdziecie je u siebie na stragania.
Przepis z magazynu Saveurs.

 

Zapiekanka ze skorzonerą i gorgonzolą
na 4-5 osób :
500-700 g skorzonery 
(można dodać kilka marchewek)
kilka gałązek rozmarynu 
2 ząbki czosnku 
trochę mleka 
200 g gorgonzoli 
100 ml słodkiej śmietany 
trochę masła 
sól i pieprz 
orzechy do posypania z wierzchu (lub migdały)

Skorzonerę obieramy i płuczemy na bieżąco, bo plami ręce jak mlecz. Żeby nie sczerniała od razu do rondelka z wodą i mlekiem (pół na pół). Marchewkę również obieramy i wkładamy do rondelka. Gotujemy nie dłużej niż 10 minut i zdejmujemy z ognia. 





Przygotowujemy sos: śmietanę wlewamy do rondelka, dodajemy czosnek i rozmaryn, trochę mleka z wodą, która została po ugotowaniu warzyw i powolutku zaparzamy. Ser kroimy na kawałki. Połowę dodajemy do śmietany i czekamy, aż ser się ładnie rozpuści, a sos uzyska gładką konsystencję.

Żaroodporne naczynie smarujemy masłem. Układamy w nim warzywa i polewamy sosem. Na wierzchu układamy ser, który nam został. Posypujemy orzechami lub migdałami i zapiekamy w temperaturze 180° przez jakieś 20 minut, aż wierzch się apetycznie przyrumieni. Podajemy jako samodzielne danie lub jako dodatek do mięsa.








środa, 5 września 2012

Al djote – tarta boćwinowa z Nivelles

Gdzieś w połowie drogi z Brukseli na południe w kierunku Charleroi leży Nivelles. To małe miasteczko, ale warto się tam zatrzymać wracając z lotniska, bo robią tam wyjątkową, znaną w całej Belgii tartę z boćwiną o śmiesznej nazwie al djote i dobre lokalne piwo Jean de Nivelles.




Tartę robi się na cieniutkim drożdżowym spodzie i w Nivelles zamiast dzwonić po pizzę, dzwoni się po jedną czy dwie djote. Bo djote jest kilka rodzajów: ta najlepsza jest właśnie z boćwiną i lokalnym serem boulette lub casette (Nieustannie obiecuję sobie, że o belgijskich śmierdziuchach kiedyś obszerniej napiszę...).



Jest to miękki ser z chudego krowiego mleka. Robi się go z dobrze odsączonego, lekko kwaskowatego twarożku faiselle, z którego formuje się zgrabną suchą kuleczkę o wadze od 160 do 200 g i granulkowatej konsystencji. Dla tych, którzy uwielbiają ten ser, jest wersja jasna z samym serem i masłem, a dla tych, którzy nie potrafią się zdecydować – pół na pół. Jak łatwo sobie wyobrazić, ta tarta jest obłędnie tłusta! Na samym końcu robi się końcówką noża malutkie nacięcia na gorącym wierzchu tarty, na których układa się wiórki masła. W końcu jeszcze nikt masłem się nie udławił - on ne s’est jamais étranglé avec du beurre - tłumaczą dobrodusznie mieszkańcy Nivelles, którzy co roku organizują konkurs na najlepszą tartę al djote.

Djote, bo tak kiedyś nazywano tutaj boćwinę – serdecznie zapraszam.





Al djote – tarta boćwinowa z Nivelles

ciasto
140 g mąki
20 g solonego masła torebka suchych drożdży (7 g)
1 małe jajko
szczypta soli
+/- 50g letniej wody

kulka sera o wadze 200 g
100 g drobno posiekanej boćwiny (samych liści bez łodyg, które będzie można potem przygotować na maśle jako jarzynkę do obiadu)
1 duża drobno posiekana cebula
1 jajko
sól i pieprz

Z podanych składników wyrobić ciasto i zostawić do wyrośnięcia na godzinę.
W międzyczasie poszatkować liście boćwiny. Poddusić drobno posiekaną cebulę, dodać boćwinę i poddusić do miękkości. Przyprawić solą i pieprzem.
Rozkruszyć ser i połączyć z rozbełtanym jajkiem i boćwiną.
Formę na tartę wysmarować tłuszczem i wyłożyć ciastem. Wylać masę boćwinową i wstawić do piekarnika na 40 minut w temperaturze 180 stopni.

Najlepiej podawać gorącą.


Tartę można wszędzie kupić na wynos albo zjeść na miejscu. Potem obowiązkowo energiczny spacer po uliczkach Nivelles.


 

Zdaję sobie sprawę, że zdobycie tego sera jest nierealne – nawet tutaj można go znaleźć tylko w dobrze zaopatrzonych nabiałowych - a i ze znalezieniem boćwiny mogą być problemy, ale potraktujcie ten przepis jako inspirację albo po prostu ciekawostkę. Może spodoba się wam cienki drożdżowy spód i stwierdzicie, że tarta niekoniecznie musi być na cieście kruchym lub francuskim, a może będzie to impuls, żeby jednak rozejrzeć się za boćwiną i jej spróbować...?


niedziela, 3 kwietnia 2011

Pędy chmielu i sos holenderski

Bea pytała ostatnio, na jakie wiosenne nowalijki czekamy najbardziej? Oj długo by mi wymieniać, ale o jednej z nich koniecznie muszę napisać. To młodziutkie pędy chmielu (jets de houblon), poza Belgią i północą Francji chyba nigdzie indziej nie spotykane. To zdecydowanie pierwsza z tutejszych nowalijek. Pojawiają się już w lutym i marcu, kiedy to wygrzebuje się je dosłownie z zamarzniętej jeszcze często ziemi. Ponieważ są niesłychanie delikatne, można to robić wyłącznie ręcznie, tak aby nie uszkodzić młodziutkich pędów. Co w pewnym sensie tłumaczy ich wygórowaną cenę. Niestety coraz trudniej je zdobyć, nawet w tych najbardziej szanujących się warzywniakach i straganach.



Już Starożytni spożywali młode pędy chmielu z solą, octem i olejem. Dzisiaj najczęściej przyrządza się je jak szparagi. W smaku je zresztą bardzo przypominają, choć charakterystyczna dla szparagów nuta goryczki jest tu jeszcze intensywniejsza, podaje się je więc z sosami typowymi dla nich. Prawdziwy belgijski przysmak! Podałam je z jajkami w koszulkach i sosem holenderskim.
Pędy chmielu poza Belgią są pewnie nie do zdobycia, dlatego potraktujcie ten wspis jako ciekawostkę kulinarną, ale przepis na sos może się przydać, bo jeszcze trochę i zaczną się szparagi.



Sos holenderski (wersja uproszczona)
100 g masła

4 żółtka
sok z
połówki cytryny
przyprawy: sól, świeżo mielony biały pieprz, szczypta pieprzu kajeńskiego


Żółtka ubijam na parze z sokiem z cytryny, solą i pieprzem. Nie przestając ubijać, stopniowo dodaję pokrojone na kawałki masło. Doprawiam wedle uznania. Sos powinien być gładziutki, gęsty i puszysty.




czwartek, 17 lutego 2011

Kasza pęczak ze skorzonerą

Kilka tygodni temu słuchałam ciekawej audycji radiowej o kulinarnych trendach w 2011. Mówili, że nadal mają być modne te tak zwane zapomniane warzywa – légumes oubliés/forgotten vegetables (Nie śmiejcie się, tutaj na pierwszym miejscu znalazł się burak, potem zaraz za nim ziemniaki truflowe (vitelottes), pasternak i bataty). W sumie dobrze, że modne, bo dzięki temu zaczęły się pojawiać w handlu, w przepisach, magazynach, programach kulinarnych i na stołach w tych ambitniejszych knajpkach. Zapomniane, bo często kojarzą się nam z papkowatą bryją ze szkolnej czy zakładowej stołówki, a tym starszym z okresem wojny albo czasami, kiedy trzeba było zaciskać pasa i nie było takiego wyboru jak dziś. Zapomniane niesłusznie, bo zapomniane warzywa to często zimowe korzenie i bulwy, które w fantastyczny sposób mogą urozmaicić nasz zimowy jadłospis a co niektórych pewnie wprawiłyby waszych gości w zdumienie: A jak to / a z czym to się je???  Nie tylko zdrowe, ekologiczne (rosną blisko, nie trzeba ich sprowadzać z daleka), to do tego jeszcze chrupiące i smaczne. Wiem, wiem: czasami trudne do zdobycia, ale jeśli popytamy znajomych działkowiczów i handlarzy na pobliskim ryneczku, może się okazać, że są na wyciągnięcie ręki.




Kasza pęczak ze skorzonerą
(Proporcje dla 4-5 osób. Przepis z książki Alain'a Ducasse'a Nature - simple, sain et bon)
250 g kaszy pęczak
pół kilograma obranych korzeni skorzonery
szklanka białego wytrawnego wina
z litr bulionu lub wywaru z warzyw
1 mała kiszona cytrynka (przepis na cytryny na blogu Anoushki)

garść rodzynek
posiekany szczypiorek
trochę oliwy, sól i pieprz

W sumie jest to takie jakby risotto z kaszy pęczak. Zaczynamy od oczyszczenia skorzonery, którą zaraz po obraniu wkładamy do miski z wodą z dodatkiem soku z cytryny. Płuczemy i kroimy na kilkucentymetrowe kawałki. Wrzucamy na rozgrzaną oliwę i podsmażamy przez 5 minut. Rodzynki zalewamy gorącą wodą, żeby napęczniały. Kaszę dodajemy do skorzonery, mieszamy i zalewamy szklanką białego wina. Kiedy wino odparuje, dodajemy cytrynę pokrojoną w kostkę i rodzynki. Dalej postępujemy dokładnie tak jak z typowym risotto: co jakiś czas mieszamy i dolewamy trochę bulionu. Gotujemy przez dobre 30 minut, aż kasza będzie miękka. 



Na samym końcu posypujemy drobno pokrojonym szczypiorkiem. Potrawa jest jednocześnie lekko słodkawa dzięki skorzonerze i rodzynkom a  dzięki cytrynie ma lekko kwaśnawy, bardzo przyjemny posmak. 




I jeszcze przy okazji, wypadałoby mi wspomnieć o wyróżnieniu, jakie spotkało mnie ze strony Sylwii z My shabby chic  i Hanki z Belgowa. Szczerze mówiąc, to nie wiem, jak się tam znalazła Belgia od kuchni, bo to blogi zupełnie nie kulinarne*, ale bardzo mi miło z tego powodu, chociaż zupełnie nie przepadam za łańcuszkami.  I proszę nie pytajcie, co noszę w torebce i o siedem rzeczy, których nikt o nmnie nie wie. Lepiej niech tak zostanie, nie lubię się wywnętrzać, a Belgia od kuchni jest od pokazywania Belgii i ma się kręcić głównie wokół kuchni, a nie mojej torebki. A ponieważ dzisiaj jest (podobno, bo u nas nie ma komu obchodzić*) dzień kota, to przyznam się, że zaglądam ostatnio do Ryśka i Marchewki. Nie wiedzieć czemu, lubię sobie popatrzeć na te dwa rudzielce.

* Zapewne chodzi o jakieś profity, gofry, czy coś w tym rodzaju...;)
* Gdyby ktoś wiedział, kiedy jest impreza jakaś dla psów, prosimy o kontakt z Jogim.

wtorek, 1 lutego 2011

Zupa z topinambura na powrót zimy

 Brrr, bardzo nam spadła temperatura w ciągu ostatnich kilku dni! A mieliśmy już po 10-12 stopni i mocno wierzyłam w to, że to już wiosna. Na powrót zimy wymyśliłam sobie bardzo puszystą zupę z topinambura. Dodatkowo, żeby było konkretnie z małą wkładką. Nie wiem, co ten topinambur ma w sobie, ale jak by go nie rozrzedzać, mlekiem, śmietaną czy wodą, ta zupa nadal jest aksamitnie kremowa, żeby nie powiedzieć puszysta, i cudownie rozgrzewająca. Czegoś takiego dzisiaj mi było trzeba. 

 

400-500 g bulw słonecznika bulwiastego
1 duży ziemniak
1 cebula
przyprawy

Warzywa obieramy. Ziemniaka i topinambur kroimy w grubszą kostkę a cebulę w piórka. Wrzucamy go garnka, zalewamy półtora litrem wody, solimy i zagotowujemy. Gotujemy przez jakieś 30-40 minut, sprawdzamy czy warzywa są odpowiednio miękkie i jeśli tak, to miksujemy na gładziutki aksamitny krem. Przyprawiamy wedle uznania, dodajemy sól, świeżo mielony pieprz. Jeżeli mamy, możemy dodać kilka kropel oliwy aromatyzowanej truflą. Jeśli uznamy, że zupa jest zbyt gesta, możemy rozprowadzić ja niskoprocentową słodką śmietaną albo mlekiem. 



 
Zupę możemy udekorować usmażonymi przegrzebkami bądź chipsami, które możemy zrobić z a) korzenia pietruszki bądź pasternaku b) z batatów c) z takich oto fioletowych ziemniaczków, które nazywamy tutaj vitelottes, bądź négresse albo truffe de Chine (W Polsce spotykane pod nazwą ziemniaków truflowych). Jest to bardzo stara odmiana ziemniaka, ostatnia powracająca do łask, a charakterystyczną intensywnie fioletową barwę zawdzięcza niezwykle dużej zawartości antocyjanów, naturalnych barwników, które mają niezwykle korzystny wpływ na nasz układ krwionośny. 



Gdybyście się natknęli, polecam do spróbowania. Zarówno pomysł na chipsy jak i na zupę ściągnęłam z książki Kedy Black "Vieux légumes", o której wspominałam we wcześniejszym poście. 

niedziela, 30 stycznia 2011

Tarta z wężymordem czyli powrotu do korzeni ciąg dalszy

Dzisiaj znowu tarta, ale tym razem w wersji wytrawnej. Z porannego targu przyniosłam wczoraj kilogramowy pęczek (jeśli możemy mówic jeszcze o pęczku) skorzonery, która w pierwszej kolejności trafiła na talerz jako jarzynka i choc bardzo nam posmakowała, nie dalibyśmy rady jej przejeść. Stąd pomysł z tartą. 


Ale najpierw parę słów o skorzonerze zwanej również kozibrodem, wężymordem albo czarnym korzeniem. (O skorzonerze pisały wcześniej Komarka oraz Asia z blogu Klapsa czy konferencja, no i oczywiście nieoceniona Bea)
Jak dziwnie by to nie brzmialo, chyba bezpieczniej pytać o skorzonerę niż o wężymorda czy o czarny korzeń w osiedlowym warzywniaku.  Jeśli zobaczycie ją gdzieś na targu czy w warzywniaku, kupcie koniecznie i spróbujcie. Ma co prawda nieco odstraszający wygląd, ale jest bardzo smaczna, i pewnie bardzo zdrowa. Trochę trudno mi uwierzyć, że hodowano i podawano ją kiedyś jako substytut szparagów, bo smakiem przypomina mi raczej korzeń pietruszki albo pasternak. Jest lekko słodkawa i nie ma w sobie ani odrobiny charakterystycznej dla szparagów goryczki. Nie obawiajcie się obierania skorzonery. Wydziela co prawda podobne do mleczu gęstawe klejące mleczko, ale udało mi się obrać skorzonerę bez rękawiczek. Wystarczy potem umyć naczynia i na rękach nie ma już śladu. 


Należy też pamiętać, żeby skorzonerę zaraz po obraniu włożyć do miski z wodą i sokiem z cytryny. Inaczej bardzo szybko zmieni barwę i będzie wyglądała mało apetycznie. Można chrupać ją na surowo, jak marchewkę, można ugotować w osolonej wodzie i podać z masłem i bułką tartą, a można i powydziwiać, jak mawia mój syn. Czyli zrobić ze skorzonery frytki i usmażyć na głębokim tłuszczu, upiec w piekarniku, albo poddusić na maśle z pietruszką i gałką muszkatołową. Albo tak bardziej tradycyjnie, jak na stołówce w pracy, polaną aksamitnym beszamelem. U nas skończyła na tarcie. Przepis znalazłam w książce Kedy Black «Vieux légumes».


Tarta z kozibrodem wężymordem
na ciasto
200 g mąki
100 g masła
szczypta soli
60 g wody

300 g obranej skorzonery

150 g boczku (nie miałam, zastąpiłam pancettą)
150 g słodkiej śmietany
150 g mleka
3 jajka
kilka łyżek oliwy
kilka gałązek tymianku
gałka muszkatołowa
sól i pieprz


Zaczynamy od zagniatania ciasta. Mąke przesypujemy do miski, dodajemy szczyptę soli i pokrojone na grubsze kawałki masło. Wyrabiamy czubkami palców aż do otrzymania konsystencji mokrego piasku. Dodajemy wodę, zagniatamy i zawinięte w folię ciasto odkładamy do lodówki na co najmniej pół godziny.

Piekarnik rozgrzewamy na 180 stopni. Skorzonerę obieramy i tak, jak wcześniej pisałam, odkładamy zaraz do miski z wod
ą z dodatkiem soku z cytryny, żeby nie sczerniała. Kroimy ją na połówki i układamy na wysmarowanej tłuszczem blaszcze. Posypujemy roztartymi w palcach listkami tymianku, przyprawiamy solą i pieprzem, skraplamy delikatnie oliwą i wkładamy do piekarnika na 25 minut. Boczek podsmażamy na suchej patelni.



W międzyczasie wyjmujemy ciasto z lodówki, rozwałkowujemy i wykładamy nim formę. Mam w zwyczaju zawsze je podpiec przez jakieś 10-15 minut. 
Jajka rozbijamy, dodajemy sól i pieprz, śmietanę i mleko, i roztrzepujemy. (Możemy dodać również trochę żółtego sera.) 
Kiedy wyjmiemy już podpieczony spód tarty z piekarnika, układamy na nim paski skorzonery i boczek. Zalewamy masą jajeczno-śmietanową. Ścieramy odrobinę gałki muszkatołowej i wsuwamy do piekarnika na 30 minut. Podajemy z przyprawioną sosem winegretowym sałatą.



 A tu nasza sobotnia jarzynka czyli skorzonera najzwyczajniej w świecie uduszona na masełku.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Powrót do korzeni: pyszna zapiekanka z topinamburem

Wczoraj zjedliśmy sobie zapiekankę z topinamburem. Były w niej jeszcze suszone grzyby, trochę czosnku i podsmażonego boczku. Nie będę się wymądrzać i przepisywać Wikipedii. Powiem krótko: topinambur to bardzo fajne warzywo. Nazwa owszem trochę egzotyczna, a może po prostu zapomniana? Możemy też mówić słonecznik bulwiasty. Z wyglądu przypomina trochę korzeń imbiru, a po ugotowaniu po prostu ziemniaki. Może sprawiać trochę problemów przy obieraniu, zwłaszcza kiedy trzeba obrać kilogram bulw, ale warto zadać sobie trochę trudu. Zapach ma niesamowity – intensywny, korzenny, podobny do zapachu karczochów, zresztą jak i smak – w zasadzie coś pomiędzy selerem a karczochami. Dodatkowo całe mnóstwo zalet, o których możecie poczytać tutaj.


Najzabawniejsze, że topinambur pojawił się w Europie na długo przed ziemniakiem, który go w końcu wyparł. Przez jakieś dwa stulecia poszedł w zapomnienie i ludzie przestali jeść topinambur. Dopiero w latach wojny, kiedy brakowało żywności, topinambur na krótko powrócił do łask, ratując wielu od głodu. Po wojnie znowu o nim zapomniano i teraz wreszcie przeżywa swój renesans w kuchni. Podają go znowu najwięksi i najznakomitsi szefowie. Pojawia się w menu wielu restauracji w bardzo ekskluzywnym towarzystwie, obok trufli i foie gras

Jak widać, warto wrócić do korzeni ;) 


Zapiekanka z topinamburu z suszonymi grzybami dla czterech osób

1 kg topinamburu
garść suszonych grzyb
ów *
200 g drobno pokrojonego wędzonego boczku  
2 jajka  
20 cl słodkiej śmietany  
ząbek czosnku  
łyżka posiekanej drobno pietruszki  
trochę oliwy, przyprawy, sok z połówki cytryny  
trochę tartego żółtego sera do zapiekania


* ( w oryginalnym przepisie były to grzyby świeże, zastąpiłam je suszonymi, które wcześniej namoczyłam, i mam wrażenie, że efekt jest jeszcze ciekawszy ) 


Dzień wcześniej należy pamiętać, żeby namoczyć grzyby w ciepłej wodzie. 
Topinambury opłukać lub wyszorować, w zależności od stopnia zabrudzenia. Obrać i zaraz po obraniu włożyć do wody z sokiem z cytryny, żeby bulwy nie sczerniały. Gotować przez 10-15 minut w lekko osolonej wodzie, aż bulwy będą miękkie. Po przestudzeniu pokroić na grubsze plastry. 

Boczek podsmażyć na suchej patelni bez tłuszczu, dodać obrany i posiekany czosnek oraz namoczone grzyby. Porządnie wymieszać, dodać posiekaną pietruszkę oraz pokrojone bulwy. Wysmarować żaroodporną formę masłem i ułożyć w niej warzywa. Śmietanę rozbełtać z jajkami, doprawić i zalać nią warzywa w formie. Posypać drobno tartym serem i zapiec przez pół godziny w piekarniku w temperaturze 170 stopni.



A gdybyście mieli dalej ochotę eksperymentować z topinamburem,
to na pewno spróbować warto zupy z przepisu Lidki oraz blinów z topinamburem i niebieskim serem z przepisu Bei.

wtorek, 18 maja 2010

Pieczone nad morzem ryby z morskim szpinakiem

Ostatni długi weekend spędziliśmy nad morzem w Zatoce Sommy, więc dzisiaj ciekawostki kulinarne z tamtego regionu i fotki. Za przewodnikiem powtórzę, że Zatoka Sommy w Pikardii uznawana jest za jedną najpiękniejszych zatok na świecie i całkowicie się z tym zgadzam. Są tu i łąki, i słone bagna, lasy, bezkresne piaszczyste plaże oraz urzekające i dzikie wybrzeże klifowe. Surowszy od śródziemnomorskiego klimat przez długie lata odstraszał letników, dzięki czemu miejsce to uchowało się przed nadmierną eksploatacją przez masowy przemysł turystyczny i zachowało swój dziki unikalny charakter. Jednym słowem idealne miejsce, żeby odpocząć, oderwać się trochę od rzeczywistości i zapomnieć o problemach, tym bardziej, że dopisało słoneczko na niebie, którego nam ostatnio brakowało.

Absolutnym odkryciem były dla mnie występujące w Zatoce Sommy słonolubne jadalne roślinki. Znałam już solirodka (salicorne), którego jedliśmy kiedyś w Bretanii, jednak na miejscu okazało się, że będziemy musieli zadowolić się solirodkiem w occie ze słoika, bo sezon się jeszcze nie rozpoczął. Na targu znaleźliśmy jednak liście astra solnego nazywanego również morskim szpinakiem. Z obawy, że zwiędnie mi w rondlu jak szpinak, kupiłam tej zieleniny aż kilogram. Starczyło nam na obiad i jeszcze przywieźliśmy trochę do domu. Czeka teraz zamrożony na jakąś specjalną okazję.

Nie wiadomo, dlaczego liście astra solnego nazywane są w Pikardii oreilles de cochon, bo świńskich uszu zupełnie nie przypominają. Z wyglądu są raczej podobne do liści babki lancetowatej. Są jednak dużo grubsze i bardziej mięsiste gdyż roślinka ta magazynuje w nich sporo wody. Pokryte charakterystycznym białym nalotem mają delikatny orzechowy smak oraz chrupką konsystencję. Potraktowałam je najprościej jak było można: dusiły się przez jakieś 20 minut na łyżce masła w rondlu. Okazały się idealnym dodatkiem do labraksa i kilku makrelek, które kupiliśmy w porcie w Le Crotoy, a które nasmarowane cytryną i oliwą trafiły prosto na ruszt.


Do Le Crotoy warto wybrać się również, by obejrzeć zatokę w czasie odpływu. Morze jest tak daleko, że plaża przypomina bezkresną pustynię. W oddali majaczą jedynie sylwetki zbieraczy muszli brodzących w powstałych w czasie odpływu kałużach.



Do Le Crotoy jeździliśmy również po gâteau battu, czyli ubijane ciasto. Jest to rodzaj wyrośniętej leciutkiej drożdżowej broszki pieczonej w metalowej formie w kształcie kucharskiej budyniówki. Ciasto należy ubijać przez co najmniej 15 minut, stąd nazwa.


Kiedy jedziemy nad morze, obiecuję sobie, że będziemy jeść wyłącznie ryby i owoce morza. Tym razem było trochę inaczej. Zatoka Sommy słynie z jagnięciny agneau de pré salé. Stada owiec pasą się na słonych łąkach a aromatyzowana morską solą trawa, nadaje ich mięsu jedyny w swoim rodzaju smak.

Na przeciwległym do Le Crotoy brzegu leży Saint Valery sur Somme. To stąd wyruszał Wilhelm Zdobywca na podbój Anglii. Po spacerku wąskimi brukowanymi uliczkami średniowiecznej starówki trafiliśmy do naleśnikarnii Les Remparts, gdzie można zjeść tradycyjne galettes z mąki gryczanej. Do Bretanii co prawda daleko, ale o jakości serwowanych tam dań, niech świadczy fakt, że już przed otwarciem ustawia się tam kolejka, żeby zająć stolik. W Les Remparts można również kupić sobie na pamiątkę zawekowanego solirodka oraz konfitury z owocód rokitnika (argousier).

Trochę dalej w Le Hourdel w porcie widziałam malutkie prawie przezroczyste krewetki. Są chyba jeszcze mniejsze niż te belgijskie, o których pisałam wcześniej i teraz rozumiem, dlaczego Magdalena pisała, że we Francji je się je nawet bez obierania. W Pikardii nazywa się je sauterelles. Z plaży w Le Hourdel można również dostrzec przez lornetkę foki.


W Le Hourdel na wydmach widzieliśmy również morską kapustę (chou marin). Wygląda nie tylko efektownie, jest podobno również bardzo smaczna, ale nie wolno jej nam było skubnąć na spróbowanie, gdyż jest chroniona. Podobno można ją bez problemu uprawiać w ogrodzie – będę musiała rozejrzeć się za nasionkami.

W Cayeux sur Mer widzieliśmy wyjątkowo malowniczą kamienną plażę, którą zdobi dwukilometrowy szpaler drewnianych domków. Letnicy chowają w nich sprzęt nie tylko do plażowania, ale rownież wędki oraz grabki do szukania w piachu muszli. W czasie odpływu, podobnie jak w całej zatoce, morze odkrywa pas piaszczystej plaży i nie trzeba leżeć na twardych kamieniach. Tego dnia było wietrznie więc puszczaliśmy latawce i podziwialiśmy przepiękne  klifowe wybrzeże w Onival.