Ostatni długi weekend spędziliśmy nad morzem w Zatoce Sommy, więc dzisiaj ciekawostki kulinarne z tamtego regionu i fotki. Za przewodnikiem powtórzę, że Zatoka Sommy w Pikardii uznawana jest za jedną najpiękniejszych zatok na świecie i całkowicie się z tym zgadzam. Są tu i łąki, i słone bagna, lasy, bezkresne piaszczyste plaże oraz urzekające i dzikie wybrzeże klifowe. Surowszy od śródziemnomorskiego klimat przez długie lata odstraszał letników, dzięki czemu miejsce to uchowało się przed nadmierną eksploatacją przez masowy przemysł turystyczny i zachowało swój dziki unikalny charakter. Jednym słowem idealne miejsce, żeby odpocząć, oderwać się trochę od rzeczywistości i zapomnieć o problemach, tym bardziej, że dopisało słoneczko na niebie, którego nam ostatnio brakowało.
Absolutnym odkryciem były dla mnie występujące w Zatoce Sommy słonolubne jadalne roślinki. Znałam już solirodka (salicorne), którego jedliśmy kiedyś w Bretanii, jednak na miejscu okazało się, że będziemy musieli zadowolić się solirodkiem w occie ze słoika, bo sezon się jeszcze nie rozpoczął. Na targu znaleźliśmy jednak liście astra solnego nazywanego również morskim szpinakiem. Z obawy, że zwiędnie mi w rondlu jak szpinak, kupiłam tej zieleniny aż kilogram. Starczyło nam na obiad i jeszcze przywieźliśmy trochę do domu. Czeka teraz zamrożony na jakąś specjalną okazję.

Nie wiadomo, dlaczego liście astra solnego nazywane są w Pikardii oreilles de cochon, bo świńskich uszu zupełnie nie przypominają. Z wyglądu są raczej podobne do liści babki lancetowatej. Są jednak dużo grubsze i bardziej mięsiste gdyż roślinka ta magazynuje w nich sporo wody. Pokryte charakterystycznym białym nalotem mają delikatny orzechowy smak oraz chrupką konsystencję. Potraktowałam je najprościej jak było można: dusiły się przez jakieś 20 minut na łyżce masła w rondlu. Okazały się idealnym dodatkiem do labraksa i kilku makrelek, które kupiliśmy w porcie w Le Crotoy, a które nasmarowane cytryną i oliwą trafiły prosto na ruszt.
Do Le Crotoy warto wybrać się również, by obejrzeć zatokę w czasie odpływu. Morze jest tak daleko, że plaża przypomina bezkresną pustynię. W oddali majaczą jedynie sylwetki zbieraczy muszli brodzących w powstałych w czasie odpływu kałużach.
Do Le Crotoy jeździliśmy również po gâteau battu, czyli ubijane ciasto. Jest to rodzaj wyrośniętej leciutkiej drożdżowej broszki pieczonej w metalowej formie w kształcie kucharskiej budyniówki. Ciasto należy ubijać przez co najmniej 15 minut, stąd nazwa.
Kiedy jedziemy nad morze, obiecuję sobie, że będziemy jeść wyłącznie ryby i owoce morza. Tym razem było trochę inaczej. Zatoka Sommy słynie z jagnięciny agneau de pré salé. Stada owiec pasą się na słonych łąkach a aromatyzowana morską solą trawa, nadaje ich mięsu jedyny w swoim rodzaju smak.
Na przeciwległym do Le Crotoy brzegu leży Saint Valery sur Somme. To stąd wyruszał Wilhelm Zdobywca na podbój Anglii. Po spacerku wąskimi brukowanymi uliczkami średniowiecznej starówki trafiliśmy do naleśnikarnii Les Remparts, gdzie można zjeść tradycyjne galettes z mąki gryczanej. Do Bretanii co prawda daleko, ale o jakości serwowanych tam dań, niech świadczy fakt, że już przed otwarciem ustawia się tam kolejka, żeby zająć stolik. W Les Remparts można również kupić sobie na pamiątkę zawekowanego solirodka oraz konfitury z owocód rokitnika (argousier).
Trochę dalej w Le Hourdel w porcie widziałam malutkie prawie przezroczyste krewetki. Są chyba jeszcze mniejsze niż te belgijskie, o których pisałam wcześniej i teraz rozumiem, dlaczego Magdalena pisała, że we Francji je się je nawet bez obierania. W Pikardii nazywa się je sauterelles. Z plaży w Le Hourdel można również dostrzec przez lornetkę foki.
W Le Hourdel na wydmach widzieliśmy również morską kapustę (chou marin). Wygląda nie tylko efektownie, jest podobno również bardzo smaczna, ale nie wolno jej nam było skubnąć na spróbowanie, gdyż jest chroniona. Podobno można ją bez problemu uprawiać w ogrodzie – będę musiała rozejrzeć się za nasionkami.
W Cayeux sur Mer widzieliśmy wyjątkowo malowniczą kamienną plażę, którą zdobi dwukilometrowy szpaler drewnianych domków. Letnicy chowają w nich sprzęt nie tylko do plażowania, ale rownież wędki oraz grabki do szukania w piachu muszli. W czasie odpływu, podobnie jak w całej zatoce, morze odkrywa pas piaszczystej plaży i nie trzeba leżeć na twardych kamieniach. Tego dnia było wietrznie więc puszczaliśmy latawce i podziwialiśmy przepiękne klifowe wybrzeże w Onival.